Agnieszka przez ten czas nie odezwała się ani razu.
Kiedy Barbara zaczęła się żegnać i podeszła do córki, wydarzyło się coś niespodziewanego.
Agnieszka nagle mocno ścisnęła jej dłoń.
Raz.
Potem drugi.
A po chwili trzeci.
Barbara natychmiast rozpoznała ten znak.
To był ich sekretny sygnał z czasów dzieciństwa.
„Mamo… dzieje się coś złego. Pomóż mi”.
W jednej chwili wszystko stało się jasne.
Barbara spokojnie opuściła mieszkanie, zeszła po schodach i zaczekała, aż Tomasz znowu wyjdzie na balkon zapalić. Dopiero wtedy prawie bezgłośnie wróciła na klatkę schodową. Ku jej zdumieniu drzwi do mieszkania nie były nawet zamknięte na klucz.
Z salonu dobiegał przyciszony, monotonny dźwięk telewizora.
Agnieszka nadal siedziała w tym samym miejscu, ze spuszczoną głową.
Barbara przeszła obok niej na palcach, podeszła do sypialni i delikatnie nacisnęła klamkę.
W pokoju paliła się jedynie słaba lampka nocna. W dziecięcym łóżeczku leżał niewielki pakunek ciasno owinięty jasnoniebieskim kocykiem.
Powoli uniosła brzeg materiału.
I wtedy zobaczyła prawdę.
Widok był tak potworny, że odruchowo zasłoniła usta, by nie krzyknąć ze strachu.
W łóżeczku nie było dziecka. Zamiast noworodka leżał zwinięty ręcznik frotte, starannie uformowany i owinięty jasnoniebieskim kocem. Na górze ktoś precyzyjnie ułożył niemowlęcą czapeczkę, spod której wystawał smoczek przypięty do łańcuszka. Całość przypominała rekwizyt teatralny, okrutny żart albo chorą inscenizację stworzoną przez kogoś pozbawionego sumienia. Barbara od razu zrozumiała jednak, że nie zrobiono tego dla zabawy. Wyprostowała się bardzo powoli i poczuła, jak lodowaty chłód wspina się od stóp ku piersi, aż zaciska się wokół jej serca.
Z salonu wciąż płynął jednostajny pomruk telewizora. Przez przeszklone drzwi balkonowe zobaczyła sylwetkę Tomasza. Stał spokojnie, palił i wypuszczał dym w ciemne niebo, nieświadomy tego, co działo się za jego plecami.
Barbara nie krzyknęła.
Ciężkie lata, śmierć męża i wszystko, przez co musiała przejść w latach dziewięćdziesiątych, nauczyły ją jednej rzeczy: panika potrafi zniszczyć człowieka szybciej niż sama prawda.
Cicho wyjęła telefon z torebki, wyłączyła dźwięk i sfotografowała puste łóżeczko z kilku stron. Potem ostrożnie zamknęła drzwi sypialni i wróciła do salonu. Agnieszka siedziała nieruchomo, jak mechaniczna lalka, której skończył się naciąg.
Barbara uklękła przed córką, ujęła jej lodowate dłonie i spojrzała prosto w oczy.
— Agnieszko, widziałam łóżeczko. Nie ma tam dziecka. Jest tylko zawiniątko. Powiedz mi… gdzie jest mój wnuk?
Agnieszka drgnęła gwałtownie, jakby przeszył ją prąd. Jej usta zaczęły się trząść, lecz oczy wciąż pozostawały suche. Najpierw spojrzała z lękiem w stronę balkonu, upewniła się, że Tomasz nie słyszy, a potem ledwo dosłyszalnie wyszeptała:
— Urodził się martwy, mamo. Sześć dni temu. Ja nawet o tym nie wiedziałam. Zrobili mi cesarskie cięcie w znieczuleniu ogólnym. Kiedy się obudziłam, było już po wszystkim… nie oddychał. Lekarze powiedzieli, że zmarł kilka godzin przed operacją. Niczego nie czułam, bo byłam pod narkozą. Kiedy usłyszałam prawdę, miałam wrażenie, że sama umarłam. Wtedy Tomasz przejął wszystko.
Powiedział, że nikt nie może się dowiedzieć. Że kupimy dziecko od kobiety, która ma urodzić za mniej więcej tydzień. Wszyscy uwierzą, bo naprawdę byłam w ciąży i naprawdę rodziłam. Zabrał mi telefon, zamknął mnie w mieszkaniu, a sąsiadom opowiadał, że mam ciężką depresję poporodową.
Barbara słuchała, a całe jej ciało drżało z gniewu.
Wiedziała, że Agnieszka mówi prawdę.
Jej córka od dziecka nie potrafiła kłamać. Nawet gdy przypadkiem stłukła filiżankę, od razu czerwieniały jej uszy i wszystko było wiadomo.
— A ciało? — zapytała prawie bezgłośnie Barbara. — Gdzie jest ciało mojego wnuka?
— W kostnicy — odpowiedziała Agnieszka pustym głosem. — Powiedział, że załatwił dokumenty i podpisał, że go nie odbierzemy. Twierdził, że pochowamy go po cichu dopiero wtedy, gdy pojawi się drugie dziecko. Wszystko zaplanował, mamo. Co do najmniejszego szczegółu. Ma pieniądze, wpływowe znajomości i kolegę patomorfologa. Nazwał to „naprawieniem błędu natury”.
W tej samej chwili otworzyły się drzwi balkonowe.
Tomasz wszedł do salonu, strzepując popiół do kryształowej popielniczki. Gdy zobaczył Barbarę klęczącą przed Agnieszką, zatrzymał się na moment. Zaraz potem znowu przybrał minę troskliwego męża i wzorowego zięcia.
— Pani Barbaro, po co te nerwy? Agnieszka potrzebuje teraz przede wszystkim spokoju i odpoczynku. Chodźmy, pokażę pani dziecko, ale tylko z daleka. Lekarze bardzo surowo podchodzą do wszelkiego bliskiego kontaktu.
Ruszył w stronę sypialni.
Barbara zdążyła jednak wstać i stanęła dokładnie przed drzwiami, całkowicie zagradzając mu drogę. W dłoni trzymała telefon ze zdjęciami pustego łóżeczka.
Patrzyła na Tomasza tak, jakby dopiero teraz zobaczyła go naprawdę.
— Nie trzeba, Tomaszu. Już wszystko widziałam. Ręcznik pod kocem nie jest dzieckiem. Teraz mi powiedz… gdzie jest mój prawdziwy wnuk?
Z jego twarzy powoli odpływał kolor.
