– Mamo, a gdybyśmy ci dopłacali za te niedogodności?
– Dopłacali? Ile?
– No… dwa tysiące złotych miesięcznie.
Zofia parsknęła cicho.
– Dwa tysiące? Za przyjemność stania w kolejce do wspólnej kuchenki? Może od razu pięć?
– Piotrek, tu nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że to nie jest moje życie.
– Mamo, ale to byłoby tylko tymczasowo. Dwa, najwyżej trzy lata!
– A potem?
– Potem zapiszemy się na listę, może dostaniemy mieszkanie komunalne, albo weźmiemy kredyt!
– Listę? – Zofia zaśmiała się krótko. – Piotrze, ty w jakich czasach żyjesz? Mieszkań się teraz nie dostaje. Mieszkania się kupuje.
– No to weźmiemy kredyt.
– Kredyt? Przy twojej pensji ktoś wam go da? No proszę cię.
Syn spuścił oczy, ale Magda nie zamierzała się poddać.
– A gdybyśmy dawali siedem tysięcy miesięcznie?
– Nie.
– Dziesięć?
– Magda, zaraz dojdziemy do miliona. Odpowiedź nadal brzmi: nie.
– Dlaczego? – prawie krzyknęła synowa, bliska płaczu.
– Bo mam sześćdziesiąt dwa lata. Całe życie pracowałam po to, żeby mieszkać po ludzku. I nie zamienię swojego spokojnego miejsca na przygodę w domu pracowniczym.
– Nawet dla wnuków?
– Nawet dla wnuków.
– To okrutne.
– Okrutne jest żądać od starszej kobiety, żeby na starość wpakowała się w komunalny chaos.
– My nie żądamy. My prosimy.
– Prosicie, żebym dobrowolnie unieszczęśliwiła siebie dla waszej wygody.
– Unieszczęśliwiła! – prychnął Piotr z oburzeniem. – Mamo, nie przesadzaj.
– Ja nie przesadzam. Ja po prostu wiem, że w takim miejscu byłabym bardzo nieszczęśliwa.
– To co my mamy zrobić?
– Zarabiać.
– Jak?! – Magda aż się zagotowała. – Ja siedzę w domu z dwójką dzieci, a pensja Piotra… szkoda mówić!
– Trzeba było planować dzieci.
– Planować?! – oburzyła się synowa. – Dzieci nie zawsze da się zaplanować!
– Ale pieniądze da się policzyć.
– Pani Zofio, wszystko jasne. Własna wygoda ważniejsza od rodziny.
Piotr wstał i zaczął zbierać dzieci.
– Mamo, a ja naprawdę myślałem, że mnie kochasz.
– Kocham cię, synku. Ale to nie znaczy, że mam poświęcić wszystko dla twojej wygody.
– Poświęcić? My prosimy tylko o mieszkanie!
– Dla mnie to tak, jakbyście prosili o całe moje życie.
– Dobrze. Sami sobie jakoś poradzimy.
– I bardzo dobrze. Najwyższy czas dorosnąć.
– Po polsku, normalnie, to rodzice pomagają dzieciom!
– Pomagałam. Teraz wasza kolej.
– Mam trzydzieści lat! Jaki dorosły człowiek da radę z taką pensją?
– Zmień pracę.
– Na jaką?
– Ucz się, zrób kursy, podnieś kwalifikacje. Przecież nie przeszkadzałam ci zdobywać zawodu.
– Kiedy? Mam rodzinę i dzieci!
– Trzeba było pomyśleć wcześniej.
Goście trzasnęli drzwiami i odjechali w swoje radomskie, ponure, pracowniczo-hotelowe niebycie, a Zofia poczuła nagłą ulgę. Nie oddała swojego. I dobrze.
Mijały jednak dni, a syn nie dzwonił. Wnuków nie przywoził, na telefony odpowiadał krótko i sucho: „Nie mam czasu”.
– Piotrek, co się dzieje? Dlaczego mnie unikacie? – zapytała któregoś dnia.
– A po co mamy przychodzić?
– Jak to po co? Jestem babcią. Chcę widzieć wnuki.
– Babcią, która swoich nie żałuje.
– Piotrek, przestań zachowywać się jak dziecko. Nie doprowadzaj wszystkiego do absurdu.
Ale był nieugięty. Przez tydzień panowała cisza, aż w końcu Zofia sama pojechała do domu pracowniczego, żeby zobaczyć, jak oni tam żyją.
Zobaczyła dwie wersalki, dziecięce łóżeczko, stół, szafę i właściwie koniec przestrzeni. Reszty pokoju jakby nie było. Magda stała na wspólnej kuchni, gdzie przy kuchence zawsze ktoś czekał z garnkiem w ręku.
– Dzień dobry, pani Zofio – przywitała się synowa chłodno.
– Magda, bardzo chciałabym zobaczyć wnuki.
– Są tam. Bawią się klockami między łóżkami.
– Jak sobie radzicie?
– Jak pani widzi. Ciasno, ale żyjemy.
– Może dałoby się coś wymyślić?
– To niech pani wymyśli. Ma pani pieniądze?
– Mogłabym dawać wam siedem, osiem tysięcy miesięcznie na wynajem.
– To nam nie wystarczy.
– Więcej nie udźwignę.
– W takim razie skończmy tę rozmowę. Skoro nie chce pani pomagać, nie musi pani udawać rodziny.
Zofia próbowała jeszcze rozmawiać z synem, ale Piotr pozostał twardy.
– Mamo, jeśli nam nie pomożesz, to jakie my właściwie mamy mieć relacje?
Minął miesiąc, potem drugi. Zofia siedziała w swoim ciepłym, zadbanym dwupokojowym mieszkanku i coraz częściej łapała się na tęsknocie. Obroniła komfort, ale zapłaciła za to rodziną.
Wnuków już nie widywała. Syn nie odbierał telefonu, a Magda, kiedy spotkała ją na ulicy, przechodziła na drugą stronę.
Zofia nie żałowała, że została przy swoim mieszkaniu. Nie chciała przecież dogorywać w domu pracowniczym, wśród obcych ludzi, wspólnych garnków i wiecznych kolejek do łazienki.
Ale uraza w sercach dzieci rosła z każdym tygodniem, a nadziei na zgodę było coraz mniej.
I jak teraz ocenić, czy babcia miała rację, czy jednak powinna była ustąpić? Piszcie, co o tym myślicie, i zostawiajcie polubienia.
– Zamieńmy się mieszkaniami: ty masz dwa pokoje, a my tylko jeden pokój w domu pracowniczym. Tobie jedna izba wystarczy, a nam potrzeba miejsca do życia.
