„Zatrudnij się u nas jako kurier — przynajmniej w końcu zjesz coś konkretnego!” — kpił mąż mojej byłej. Jeszcze rano ten sam człowiek wnosił dokumenty do mojego biura.

 Antoś? To naprawdę ty? Mój Boże, wziąłem cię za chłopaka z dostawy!

Ten głos rozpoznałbym nawet w całkowitych ciemnościach. Głośny, arogancki, nieznoszący sprzeciwu. Powoli się odwróciłem. Przy wejściu do restauracji „Szczyt” stał Dariusz. Przez dziesięć lat od matury zdążył mocno przybrać na wadze, dorabiając się brzucha typowego dla mężczyzn, którzy mylą siłownię z wystawnymi kolacjami. Miał na sobie marynarkę w dużą kratę, która kosztowała pewnie tyle, co połowa mojego pierwszego auta, i uśmiech kogoś, kto wierzy, że słońce krąży wokół niego.

Obok, balansując na niebotycznych szpilkach, stała Alina. Moja Alina. Ta sama, która siedem lat temu spakowała walizkę w kwadrans, rzucając na odchodnym, że ma dość czekania, aż wreszcie „stanę na nogi”. Teraz stała tam, kurczowo trzymając Dariusza pod ramię, i wyglądała jak kosztowny wazon — piękna, krucha i wystawiona na pokaz.

— Cześć, Dariusz. Witaj, Alu. — No siema, wędrowcze! — Dariusz przyciągnął mnie do uścisku, od którego biło tytoniem i ciężkimi perfumami. — Zakładaliśmy się, czy w ogóle przyjdziesz. Wiesz, tu jest depozyt, wysokie progi. Nie każdego stać. Ty co, na piechotę? Bo nie widzę twojej bryki. Mój SUV stoi tam, tuż przy wejściu. Ochrona próbowała dyskutować, ale szybko im wyjaśniłem, kto tu rządzi. — Przyjechałem taksówką — odparłem spokojnie. — Taksówka to jest myśl! — zarechotał. — Można pić i o nic się nie martwić. No, chodźmy, reszta już czeka.

Oddaliśmy płaszcze. Alina przemknęła po mnie wzrokiem. To było spojrzenie profesjonalnej rzeczoznawczyni. Zwykły golf, dżinsy, buty nie pierwszej świeżości (błoto na zewnątrz nikogo nie oszczędza). W jej oczach dostrzegłem cień rozczarowania zmieszany z ulgą: „Podjęłam dobrą decyzję”.

— Zupełnie się nie zmieniłeś, Antoni — powiedziała cicho. — Wciąż taki… zwyczajny. — Wygoda to nowy luksus — wzruszyłem ramionami.

W sali panował gwar. Dawni koledzy byli już w dobrych humorach. Stoły ugięły się pod ciężarem przystawek, dzwoniło szkło. Przywitano nas radosnymi okrzykami, ale zauważyłem, jak rzedną miny gości, gdy zestawili mój skromny ubiór z ociekającym pewnością siebie Dariuszem. Dariusz zasiadł u szczytu stołu niczym król na tronie.

— Kelner! — jego bas przekrzyczał muzykę. — Tutaj! Dlaczego kieliszki są puste? Jesteśmy w stołówce czy gdzie? Przynieś najlepsze bąbelki, trzy butelki! I odśwież te wędliny, bo już dawno zwiędły.

Podebrał się do mnie młody chłopak, kelner. Znałem go — to był stażysta Paweł. Gdy mnie zobaczył, drgnął i już chciał złożyć ukłon, ale zatrzymałem go twardym spojrzeniem: „Milcz”. Paweł zrozumiał w lot, skinął głową i zniknął w półmroku.

— No, opowiadaj, Antoś! — Dariusz nakładał sobie sałatkę kopiastą łyżką. — Gdzie się podziewałeś? Czym się zajmujesz? Wciąż w tej swojej kanciapie rysujesz te projekciki? — Pracuję w budownictwie. Optymalizuję procesy. — W budownictwie! — Dariusz trącił Alinę łokciem. — Słyszałaś? Kolega po fachu! Ja jestem teraz dyrektorem handlowym w „Bud-Epoce”. Słyszałeś o nas? Zalaliśmy betonem pół miasta. — Słyszałem — przytaknąłem.

Trudno było nie słyszeć. Mój audyt od tygodnia prześwietlał ich księgowość przed przejęciem. Skala nieprawidłowości i matactw była taka, że można by za to postawić całe osiedle.

— No właśnie! — Dariusz uniósł palec. — Poważna firma. Obroty gigantyczne. Tak sobie myślę… Alu, może by tak pomóc chłopakowi?

W sali nagle ucichło. Klasowi koledzy, przeżuwający darmowe tataraki, nadstawili uszu. Publiczny pokaz dobroczynności to ulubiona rozrywka ludzi z nowymi pieniędzmi.

— Co masz na myśli? — Alina wyraźnie się spięła. — No, żal mi człowieka — westchnął teatralnie Dariusz, mierząc wzrokiem mój sweter. — W logistyce zwolnił mi się etat. Potrzebuję kuriera do dokumentów. Praca prosta: metro, autobus, podajesz teczkę i wolne.

Ktoś z dziewczyn zachichotał cicho. — Dariusz, to trochę nie na miejscu… — oponowała słabo Alina, ale w jej oczach błysnęło rozbawienie. Podobało jej się to. Cieszyła się, widząc, jak jej „sukcesywny” mąż dominuje nad „byłym nieudacznikiem”. — A co tu jest nie na miejscu? — zdziwił się szczerze Dariusz. — Uczciwa robota. Umowa, pełne składki. Pakiet socjalny! Antoni, kiedy ostatnio badałeś się za darmo? U nas jest prywatna opieka!

Pochylił się nad stołem, niemal dominując nade mną fizycznie: — Zatrudnij się u nas jako kurier — przynajmniej w końcu zjesz coś konkretnego! — zaśmiał się, wskazując widelcem na mój pusty talerz. — W naszej stołówce mamy zniżkę pięćdziesiąt procent dla swoich. Kotlety są wybitne!

Przy stole rozległ się wymuszony śmiech. Ludzie śmiali się nie dlatego, że było to zabawne, ale dlatego, że bali się nie przyklasnąć temu, kto płaci za bankiet. Upuściłem łyk wody.

— Dziękuję za propozycję, Dariuszu. Dokumenty są kluczowe. Jeśli nie trafiają na czas, cały biznes może stanąć w miejscu. — Złote słowa! — ucieszył się. — Widzisz, kumasz bazę! Dobra, jutro o dziewiątej rano meldujesz się w kadrach. Powiesz, że od dyrektora Dariusza. Zadzwonię, żeby dali ci przepustkę. Tylko ubierz się jakoś schludnie, co? Bo ochrona cię nie wpuści.