Radosną? Spokojną? Namiętną? Wdzięczną?
Pewnego dnia powiedział:
— Mam wrażenie, że ciągle jestem niewystarczający.
— Dlaczego?
— Bo chcesz więcej bliskości. Próbuję… a potem ty płaczesz. I czuję się jak ktoś, kto zawodzi.
Chciałam zaprzeczyć. Powiedzieć, że nie jest winny. Ale we mnie też narastało napięcie.
— A ja czuję się jak ktoś zbędny — wyrwało mi się. — Jakby moje emocje były problemem.
Przetarł twarz zmęczonym gestem.
— Ja po prostu nie umiem tego ogarnąć. Kiedy płaczesz, mam wrażenie, że cię skrzywdziłem.
— A ja mam wrażenie, że cię obciążam.
Patrzyliśmy na siebie — dwoje ludzi, którzy chcą tego samego. I oboje czują, że robią coś źle.
Nie ma zdrady.
Nie ma krzyków.
Nie ma dramatu.
Jest strach.
On boi się, że nie sprosta. Że wiek, zmęczenie i życie zrobiły z niego kogoś „gorszego”. Że kiedyś spojrzę na niego z rozczarowaniem.
Ja boję się, że jestem za bardzo. Za emocjonalna. Za wymagająca. Za spragniona bliskości.
I każde z nas próbuje nie zranić drugiego — a przez to oddalamy się jeszcze bardziej.
Czasem myślę: może on ma rację? Może bliskość powinna być lekka, bez łez? Może moje reakcje są przesadą?
A potem czuję, że to właśnie jestem ja. Ze wszystkim, co przez lata się we mnie nagromadziło.
I jeśli zacznę to tłumić — co ze mnie zostanie?
Niedawno znów mnie objął w nocy. Delikatnie. Leżałam nieruchomo, bojąc się to zepsuć.
Chciałam się odwrócić. Przytulić. Powiedzieć: „Jestem tu. Nie obwiniam cię. Chcę po prostu być z tobą naprawdę”.
Ale milczałam.
Bo nie wiedziałam, czy to znów nie stanie się „tym wszystkim”.
Żyjemy dalej. Pracujemy. Rozmawiamy. Śmiejemy się z memów. Wszystko wygląda normalnie.
Tylko między nami wisi jedno pytanie: jak być blisko, żeby się nie zranić?
W tej historii nie ma winnych. On nie jest zimny. Ja nie jestem nienasycona.
Jesteśmy tylko dwojgiem ludzi, którzy zapomnieli, jak mówić o tym, co najdelikatniejsze — i boją się zniszczyć to, co jeszcze trwa.
Czasem myślę, że czas wszystko poukłada.
A czasem — że właśnie czas wszystko na zawsze zamknie.
Nie wiem, co robić…
