„Zamknij się, śmierdzący starcze” – krzyknął syn, nie wiedząc, na kogo jest zapisane mieszkanie.

— Michaił Petrowicz, znowu zjadłeś nasz twaróg?

Stał w drzwiach kuchni, trzymając się o framugę. Głowa pękała mu tak, że wszystko przed oczami płynęło. Wika siedziała przy stole, grzebała łyżką w jogurcie i patrzyła na niego jak na karalucha.

— Ja… nie tknąłem. W ogóle nic dzisiaj nie jadłem.

— Kłamiesz. Wczoraj było całe opakowanie, a dzisiaj — patrz, połowa. To ty.

Michaił Pietrowicz zacisnął pięści w kieszeniach. Czterdzieści lat przy tokarce — ręce drżały mu z przyzwyczajenia, palce były zniszczone, skrzywione. W skroniach pulsowało tak, że chciał się położyć i nie ruszać. Naprawiał kran przez dwie godziny, ponieważ wezwanie hydraulika Wika uznała za „wyrzucanie pieniędzy na starcze fantazje”.

— Czy mogę prosić cię o ściszenie muzyki? Głowa mi pęka.

Wika spojrzała na niego i roześmiała się.

— Mówisz poważnie? W swoim domu robię, co chcę. A jeśli ci się nie podoba, możesz się wyprowadzić na cmentarz, tam jest cicho.

Nie odpowiedział. Przeszedł do salonu. Telewizor ryczał na całe mieszkanie — jakiś program z wrzaskami i głośną muzyką w tle. Michaił Pietrowicz wziął pilota i ściszył dźwięk.

– Co ty robisz?!

Wika wybiegła z kuchni. Wyjęła pilota i rzuciła nim o kanapę.

– Nikt cię o zdanie nie pytał! To nie twoja sprawa!

– Poprosiłem o godzinę. Tylko jedną godzinę.

– Nie obchodzi mnie, o co prosiłeś! Stare ruiny nie mają miejsca wśród żywych ludzi! Idź do swojego pokoju i leż cicho!

W przedpokoju zatrzasnęły się drzwi. Wszedł Maksym — szeroki w barach, w czarnym mundurze ochroniarza. Rzucił torbę na podłogę i spojrzał na ojca.

— Co się stało?

— Twój ojciec znowu zaczął — Vika złożyła ręce na piersi. — Wyłączył muzykę, zjada nasz twaróg, a do tego jeszcze ma pretensje.

Maksym podszedł bliżej. Michaił Pietrowicz widział, jak białka oczu syna wypełniły się krwią.

— Znowu się wtrącasz, co?

— Maksymie, po prostu poprosiłem…

— Zamknij się, śmierdzący starcze! Mieszkasz tu tylko dlatego, że ci na to pozwalamy! Karmimy cię, ubieramy, znosimy twoje narzekania! A ty co? Wtrącasz się do mojej żony, mówisz jej, co ma robić!

— Nie rozkazuję. Poprosiłem.

— Kim ty jesteś, żeby prosić?! Żerujesz na naszej rodzinie! Haruję jak wół, żeby cię utrzymać, a ty nawet nie potrafisz powiedzieć „dziękuję”!

Michał Pietrowicz spojrzał na syna. Na jego wykrzywioną twarz, na zaciśnięte w pięści ręce. Na Wikę, która stała z tyłu i uśmiechała się.

— Maksymie, jestem twoim ojcem.

— Ojciec siedzi cicho i dziękuje, że nie wyrzucono go na ulicę! Rozumiesz?!

Michaił Pietrowicz otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Ale Maksym zrobił krok do przodu i uderzył go w twarz. Michaił Pietrowicz zachwiał się, stracił równowagę. Upadł, uderzając plecami o szafkę. Z kieszeni wypadł stary zegarek kieszonkowy. Ten sam, który ojciec przekazał mu przed śmiercią. Uderzył o podłogę i pękł. Szkło rozpadło się na kawałki.

Michaił Pietrowicz leżał na podłodze i patrzył na odłamki. Tarcza z rzymskimi cyframi pękła na pół. Wika zachichotała.

— Może teraz zrozumiesz, kto tu jest panem.

Maksym pochylił się nad nim.

— Idź do swojego pokoju. I niech więcej nie słyszę twojego marudzenia. W ogóle.

Michaił Pietrowicz powoli wstał. Przesunął dłonią po wardze — poczuł słony smak. Podniósł odłamek tarczy zegara, ścisnął go w dłoni i poszedł do swojego pokoju. Maksym i Wika zostali w salonie. Słyszał, jak się śmiali.

Michaił Pietrowicz siedział na skraju łóżka i patrzył na odłamek. Rzymska cyfra VII. Wskazówka, która zatrzymała się na zawsze. Przez dwanaście lat milczał. Przez dwanaście lat odgrywał rolę bezradnego starca. Pral ich bieliznę, naprawiał krany, mył podłogi. Znosił drwiny Wiki i okrzyki Maksymowa. Myślał, że syn sam zrozumie, co to znaczy rodzina. Co to znaczy troska. Co to znaczy szacunek dla ojca.

Nie zrozumiał.

Michaił Pietrowicz wyjął spod łóżka starą walizkę. Otworzył tajną przegródkę i wyjął telefon komórkowy. Wybrał numer.

— Halo.

— Oleg, tu Michaił Pietrowicz. Pamiętasz, mówiłeś, że jeśli coś się wydarzy, to zadzwonisz. No więc. Przyjedź. Natychmiast.

Godzinę później zadzwoniono do drzwi. Michaił Pietrowicz otworzył. Na progu stał mężczyzna w ciemnym płaszczu, z wytartą teczką w ręku.

– Proszę wejść.

Usiedli w kuchni. Oleg wyjął teczkę, otworzył ją i położył przed Michaiłem Pietrowiczem kilka kartek.

– Mieszkanie jest zapisane na pana. Całkowicie. Warsztaty też są pańskie. Wszystko zgodnie z umową.

– A testament?

– Możemy go unieważnić już teraz. Wystarczy jeden podpis.

Michaił Pietrowicz wziął długopis. Podpisał się. Oleg schował dokumenty do teczki i wstał.

— Oni wiedzą?

— Dowiedzą się.

Maksym i Wika wrócili po dwóch godzinach. Torby z zakupami upadły z hukiem w przedpokoju. Wika przeszła do kuchni, rzucając kurtkę na oparcie krzesła.

— Michaił Pietrowicz! — zawołał Maksym. — Proszę tu podejść!

Michaił Pietrowicz wyszedł z pokoju. Za jego plecami w salonie stał Oleg z teczką w rękach.

Maksym zamarł.

— A to kto?

— Oleg Władimirowicz. Prawnik. Mój stary kolega ze służby.

Wika wyjrzała z kuchni. Jej twarz się wydłużyła.

Oleg podał Maksymowi dokument.

— Świadectwo własności mieszkania. Właściciel — Michaił Pietrowicz. Warsztaty naprawy obuwia — również jego. Przez ostatnie dwanaście lat płacił za media. Poprzez automatyczne potrącenia.

Maksym wziął papier. Zbladł. Patrzył na linijki, nie mrugając.

— Niemożliwe. To podróbka.

— Jutro sprawdzisz w Rosrejestrze — powiedział spokojnie Oleg. — A na razie Michaił Pietrowicz daje wam dobę. Pakujcie rzeczy.

Wika wyrwała dokument z rąk Maksyma.

— Oszalałeś?! To nasz dom! Mieszkamy tu!

— Mieszkaliście — Michaił Pietrowicz spojrzał na nią. Po raz pierwszy od dwunastu lat — bez strachu, bez zakłopotania. — Teraz już nie mieszkacie.

Maksym otworzył usta, ale nie znalazł słów. Patrzył na ojca. Na tego samego starca, którego godzinę temu uderzył. Który przez dwanaście lat milczał. Pral, gotował, naprawiał. Który mieszkał w maleńkim pokoju, podczas gdy oni zajmowali dwie sypialnie.

— Tato… poczekaj… ja nie wiedziałem…

— Teraz już wiesz. Dwanaście lat czekałem, aż zrozumiesz. Że przypomnisz sobie, kto cię wychował. Kto nauczył cię chodzić, czytać, trzymać łyżkę. Milczałem celowo. Chciałem zobaczyć, kim się staniesz.

Zamilkł. Spojrzał na Vikę, która wciąż ściskała dokument drżącymi rękami.

— Dzisiaj unieważniłem testament. Sprzedam lub wynajmę mieszkanie. Jeszcze nie zdecydowałem. A ty poszukaj sobie mieszkania. Masz na to dobę.

— Tato, wybacz! Nie miałem racji! Naprawdę! Po prostu… myślałem, że to moje! Nie chciałem!

— Podniosłeś na mnie rękę. Zniszczyłeś jedyną rzecz, która mi pozostała po ojcu. Nazwałeś mnie śmierdzącym starcem. I zrobiłeś to bez mrugnięcia okiem.

Wika rzuciła papier na podłogę.

— Idź sobie ze swoim mieszkaniem! Przeżyjemy bez ciebie! Chodźmy, Maksymie!

Ale Maksym nie poszedł. Stał, wpatrując się w podłogę. Ręce zwisały mu bezwładnie.

— Gdzie weźmiemy mieszkanie za jedną dobę? — wykrztusił.

— To nie mój problem — odpowiedział Michaił Pietrowicz. — Sam mówiłeś, że pracujesz, że jesteś żywicielem rodziny, że jesteś panem domu. Więc pokaż, na co cię stać.

Wika złapała Maksyma za rękaw.

– Powiedz mu coś! Jesteś mężczyzną!

Maksym milczał.

Michaił Pietrowicz odwrócił się i poszedł do swojego pokoju. Oleg poszedł za nim. Drzwi się zamknęły.

W korytarzu panowała cisza. Wika szarpała zamek kurtki w górę i w dół. Maksym powoli opadł na podłogę, opierając się o ścianę.

Po raz pierwszy od dwunastu lat zrozumiał. To nie on był panem domu. To nie on utrzymywał rodzinę. Po prostu mieszkał w cudzym mieszkaniu. A tym cudzym okazał się jego ojciec.

Rano Michaił Petrowicz siedział w kuchni i pił herbatę. W korytarzu stały dwie walizki. Wika przenosiła rzeczy, wrzucając je do toreb. Maksym milczał.

Kiedy drzwi za nimi zatrzasnęły się, Michaił Pietrowicz podszedł do okna. Na dole Maksym ładował torby do samochodu. Wika krzyczała coś, machając rękami. Maksym nie odpowiadał.

Michaił Pietrowicz wyjął z kieszeni fragment tarczy zegarka. Rzymska cyfra VII. Zacisnął ją w dłoni i położył na parapecie.

Przez dwanaście lat udawał bezradnego. Aby wychować w synu człowieczeństwo. Nie udało się. Ale teraz to Maksym stał się bezradny. Bez mieszkania, bez spadku, bez ojca.

Michaił Pietrowicz otworzył okno. Wpuścił świeże powietrze. Mieszkanie należało do niego.

Nie był już nikomu nic winien.

„Zamknij się, śmierdzący starcze” – krzyknął syn, nie wiedząc, na kogo jest zapisane mieszkanie.
Приготовление в домашних условиях популярного итальянского сыра.