„Nie jesteś dla nas rodziną!” — syknęła teściowa i zabrała mięso z talerza synowej, jakby przez pięć lat małżeństwa nigdy nie zrobiła jej miejsca przy wspólnym stole

— Nie jesteś dla nas rodziną! — powiedziała Halina i spokojnym ruchem przełożyła kawałki mięsa z talerza synowej z powrotem do garnka.

Marta znieruchomiała przy kuchence, trzymając w dłoniach pustawy talerz. Na porcelanie zostały tylko smugi sosu po gulaszu, który przed chwilą mieszała Halina. Mięso znikało w garnku jedno po drugim, jakby teściowa nie odkładała go odruchowo, lecz liczyła każdy kawałek z osobna.

— Słucham? — zapytała Marta, bo przez moment naprawdę była pewna, że źle usłyszała.

— A czego tu nie rozumiesz? — Halina wytarła dłonie w fartuch i odwróciła się do niej twarzą. — My cię do rodziny nie przyjmowaliśmy. Sama się do nas przykleiłaś.

W kuchni zapadła taka cisza, że słychać było tylko bulgotanie zupy na palniku. Marta odstawiła talerz na stół i odgarnęła z czoła kosmyk włosów. Palce zaczęły jej drżeć.

— Pani Halino, ja nie rozumiem. Przecież z Pawłem jesteśmy małżeństwem od pięciu lat. Mamy córkę…

— I co z tego? — weszła jej w słowo teściowa. — Zuzia to nasza krew, tego nikt nie podważa. A ty byłaś obca i obca zostaniesz.

Drzwi do kuchni skrzypnęły i w progu pojawił się Paweł. Miał rozczochrane włosy, rozpiętą koszulę i twarz człowieka wyrwanego z krótkiej drzemki po pracy.

— Co się tutaj dzieje? — zapytał, przenosząc wzrok z żony na matkę. — Czemu podnosicie głos?

— Nikt tu nie krzyczy — odparła Halina zadziwiająco równo. — Rozmawiamy tylko. Tłumaczę twojej żonie, jak powinna się zachowywać w naszym domu.

Paweł zmarszczył brwi i spojrzał na Martę. Stała blada, z zaciśniętymi ustami, jakby każde następne słowo mogło ją złamać.

— Mamo, co ty jej powiedziałaś?

— Prawdę. Że mięso nie jest dla każdego. Rodzina duża, a porcji mało.

Marta poczuła, jak w gardle rośnie twarda gula. A więc do tego doszło. Przez pięć lat wierzyła, że powoli staje się częścią tego domu. Przez pięć lat starała się przypodobać teściowej, przełykała złośliwe uwagi, znosiła przytyki i łudziła się, że czas w końcu coś zmieni.

— Paweł, pojadę do domu — powiedziała cicho do męża. — Do mamy.

— Do jakiego domu? — oburzyła się Halina. — Twój dom jest teraz tutaj. Czy ty sobie wyobrażasz, że będziesz wychodzić i wracać, kiedy ci się spodoba?

— Mamo, dość — Paweł zrobił krok w stronę Marty. — Co się stało?

Marta milczała. Jak miała wytłumaczyć mężowi, że jego matka przed chwilą jasno dała jej do zrozumienia, że jest tu nikim? Że nawet talerz gulaszu okazał się dla niej zbyt wielkim przywilejem?

— Spakuję Zuzię — odpowiedziała zamiast tego. — Zabiorę ją do mamy na weekend.

— A po co jeszcze dziecko ciągać? — teściowa aż się wyprostowała. — Babcia jest na miejscu, nie trzeba jej nigdzie wozić.

— Babcia uważa, że matka tego dziecka nie należy do rodziny — rzekła Marta spokojnie, choć głos miała napięty. — Może dla wnuczki znajdzie się gdzieś miejsce, w którym jej mama nie będzie traktowana jak intruz.

Odwróciła się i wyszła z kuchni. Paweł złapał ją za rękę.

— Marta, zaczekaj! Powiedz normalnie, co zaszło.

Obejrzała się. Mąż patrzył na nią z dezorientacją, a Halina stała przy kuchence i udawała, że z wielkim przejęciem miesza zupę.

— Zapytaj mamę — powiedziała Marta. — Ona umie to wytłumaczyć lepiej ode mnie.

W pokoju dziecięcym trzyletnia Zuzia siedziała na dywanie i karmiła lalki z plastikowego talerzyka. Kiedy zobaczyła mamę, zerwała się radośnie i podbiegła do niej.

— Mamusiu! Patrz, daję jeść Hani!

— Ślicznie, córeczko — Marta kucnęła i objęła dziecko. — A ty jesteś głodna?

— Jestem! Babcia mówiła, że dziś będzie gulasz.

— Będzie, skarbie. Tylko my zjemy u babci Teresy.

— U twojej mamy? — Zuzia rozpromieniła się od razu. — Hurra! A tata też jedzie?

— Nie, tata zostanie w domu.

Marta zaczęła wkładać dziecięce rzeczy do torby. Sukienki, rajstopki, piżamkę, kilka zabawek — wszystko, co mogło się przydać przez parę dni. Kiedy składała ubrania, do pokoju zajrzał Paweł.

— Marta, co to za dziecinada? Naprawdę wyjeżdżasz z powodu takiej bzdury?

— Dziecinada? — Wyprostowała się powoli i spojrzała mu prosto w oczy. — Twoja matka powiedziała mi, że nie jestem rodziną. Zabrała mi jedzenie z talerza. To jest dla ciebie bzdura?

— Mamo czasem coś palnie, przecież ją znasz. Jest porywcza. Jutro sama nie będzie pamiętała.

— Ale ja będę pamiętać, Paweł. To nie zdarzyło się pierwszy raz.

— Daj spokój. Mama jest po prostu zmęczona. W pracy ma nerwy, no i wybuchła.

Marta zaśmiała się krótko, lecz w tym śmiechu nie było nic lekkiego.

— Zmęczona. Od pięciu lat jest zmęczona? I przez pięć lat rozładowuje to na mnie?

— To nie zwracaj uwagi.

— Mam nie zwracać uwagi, gdy w moim własnym domu nazywa się mnie obcą? Paweł, czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz?

Paweł przeszedł przez pokój i potarł dłonią kark. Marta znała ten gest aż za dobrze. Zawsze tak robił, kiedy brakowało mu odwagi na jasną odpowiedź.

— Marta, gdzie ty właściwie pójdziesz? Jesteśmy rodziną. Mamy dziecko.

— Właśnie dlatego wychodzę. Nie chcę, żeby Zuzia słuchała, jak poniża się jej matkę.

— Kto cię poniża? Mama wyraziła swoje zdanie.