Klara podniosła się z fotela powoli, ostrożnie przenosząc ciężar ciała na opuchnięte nogi. Kostki pulsowały bólem, kręgosłup dawał o sobie znać po kolejnej niemal bezsennej nocy, a dziecko pod sercem zdawało się odbierać każdą jej emocję. Mimo to wyprostowała plecy mocniej niż przez ostatnie miesiące.
— Twoje pieniądze? — zapytała spokojnie.
Ryszard zmrużył oczy.
Klara sięgnęła po granatową teczkę leżącą obok na stoliku. Wyjęła z niej plik skopiowanych wyciągów i zaczęła układać kartki na marmurowym blacie, jedną obok drugiej.
Czynsz za apartament na Powiślu.
Naszyjnik z brylantami.
Mercedes GLE.
Przelewy przez spółkę-słup.
Wypłaty z kont fundacji.
Sabina Kulesza.
Twarz Ryszarda zmieniła się tylko na ułamek sekundy.
Dla kogoś obcego byłoby to niezauważalne.
Klara jednak znała każdy grymas tego człowieka.
Zobaczyła strach.
— Co to, do diabła, ma znaczyć? — warknął.
— Dowody.
Odstawił szklankę tak gwałtownie, że kostki lodu zadźwięczały o kryształ.
— Grzebałaś w moich prywatnych rachunkach?
— W naszych rachunkach — odpowiedziała bez podnoszenia głosu. — W pieniądzach z mojego spadku. W funduszach pozostawionych przez mojego ojca. W darowiznach. We wszystkim, czego używałeś, żeby romans przedstawiać jako koszt działalności.
— Nie masz pojęcia, o czym mówisz.
— Spotkałam się z mecenas Marianną Borkowską.
Te słowa uderzyły go mocniej niż stos dokumentów.
Ryszard ruszył w jej stronę.
— Nie miałaś prawa tego robić.
— Miałam je od początku. Do ostatniej złotówki.
— Naprawdę sądzisz, że możesz mnie szantażować? — Jego ton stał się lodowaty. — Jesteś w szóstym miesiącu ciąży, od tygodni zachowujesz się niestabilnie i całkowicie ode mnie zależysz. Jak myślisz, komu uwierzą ludzie? Mnie czy porzuconej żonie, która straciła kontakt z rzeczywistością?
Klara poczuła ruch dziecka.
Tym razem nie było to delikatne muśnięcie.
To był mocny, zdecydowany kopniak.
Położyła dłoń na brzuchu i po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechnęła się naprawdę.
Ryszard zauważył ten uśmiech.
— Co cię tak bawi?
— Przez długi czas zastanawiałam się, kiedy przestałeś mnie kochać — powiedziała cicho. — Dzisiaj zrozumiałam, że nie ma to już żadnego znaczenia. Bo ja przestałam cię potrzebować.
W luksusowym apartamencie zapadła cisza. Z daleka dochodził tylko przytłumiony szum nocnej Warszawy i pojedynczy klakson z Alej Jerozolimskich.
Po chwili Ryszard roześmiał się z pogardą.
— Od takich mężczyzn jak ja kobiety nie odchodzą, Klaro.
Klara uniosła grubą kopertę i wyciągnęła ją w jego stronę.
— Masz rację — odparła. — Kobiety takie jak ja nie odchodzą. One wydostają się na wolność.
Ryszard patrzył na kopertę, lecz jej nie przyjął.
Klara położyła ją więc między nimi.
— Jutro rano mój pełnomocnik skontaktuje się z twoim.
Na jego twarzy pojawił się cień.
— Rozwód?
— Rozwód i pełny audyt wszystkich rachunków związanych ze spadkiem po moim ojcu oraz działalnością fundacji.
— Nie odważysz się.
Spojrzała mu prosto w oczy.
Nie płakała.
Jej spojrzenie było suche i spokojne.
— Patrz uważnie.
Zanim zdążył odpowiedzieć, telefon w jego kieszeni zawibrował.
Ryszard zerknął na ekran.
Sabina.
Oczywiście.
Klara zobaczyła imię rozświetlone na wyświetlaczu. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej ten widok rozdarłby ją od środka. Tego wieczoru był tylko ostatnią pieczęcią pod prawdą, którą wreszcie przyjęła.
Ryszard odebrał, nie odrywając od niej wzroku.
— Czego chcesz? — rzucił szorstko.
Z głośnika popłynął słodki, lekko poirytowany głos Sabiny.
— Kochanie, zostawiłeś u mnie spinki do mankietów.
Kochanie.
Jedno słowo zawisło w powietrzu jak trucizna.
Klara bez komentarza ruszyła w stronę korytarza.
Ryszard złapał ją za nadgarstek.
— Dokąd się wybierasz?
Spojrzała na jego dłoń.
Nie powiedziała nic.
Po prostu patrzyła, aż poluzował uścisk.
Dopiero wtedy odpowiedziała:
— Idę spać.
Zatrzymała się jeszcze na moment.
— Pierwszy raz w tym małżeństwie nie będę na ciebie czekała.
Weszła do sypialni, zamknęła drzwi i przekręciła klucz.
Po drugiej stronie Ryszard raz zawołał jej imię.
Potem drugi.
Nie odpowiedziała.
Otworzyła garderobę i z najwyższej półki zdjęła niewielką walizkę, spakowaną trzy dni wcześniej.
Tej nocy nie zasnęła ani na chwilę.
Przebrała się w luźne, miękkie ubrania, z szuflady nocnego stolika wyjęła zdjęcie z badania USG i wsunęła je do torebki. Potem siedziała na brzegu łóżka, obserwując, jak nad dachami miasta zaczyna szarzeć niebo.
O szóstej trzydzieści telefon zawibrował cicho.
Na ekranie pojawiła się wiadomość od Aleksandra Grodeckiego.
Samolot czeka w terminalu biznesowym na Lotnisku Chopina. Wystartujemy, kiedy będzie pani gotowa.
Klara przeczytała ją dwa razy.
Aleksander wkroczył w jej życie tamtego wieczoru, gdy załamała się przed elegancką restauracją przy placu Trzech Krzyży. Przez wysoką szybę zobaczyła Ryszarda i Sabinę. Siedzieli zbyt blisko siebie, śmiali się nad kieliszkami wina i zachowywali tak, jakby Klara nigdy nie istniała.
Cofnęła się, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
Aleksander właśnie wychodził z lokalu.