Kiedy otworzyłam oczy, najpierw uderzyła mnie cisza. Nie zwyczajny poranny spokój, lecz coś dziwnie ciężkiego, niemal nienaturalnego, jakby cały hotel wstrzymał oddech.
Wąska smuga słońca przedostawała się przez szczelinę między zasłonami i przecinała skraj łóżka. Przez kilka sekund leżałam nieruchomo, próbując zrozumieć, gdzie jestem i dlaczego serce bije mi tak niespokojnie.
Potem wróciły wspomnienia.
Hotelowy bar. Kieliszek wina. Marek.
Odwróciłam głowę w stronę drugiej połowy łóżka. Poduszka była pusta, pościel chłodna, a po nim nie zostało nic.
— Marku? — zawołałam cicho.
Odpowiedziała mi wyłącznie cisza.
Zajrzałam do łazienki. Tam również nikogo nie było. Z niedokręconego kranu spadały pojedyncze krople, a każda z nich rozbrzmiewała w pustym pomieszczeniu tak wyraźnie, jakby odmierzała czas.
Poczułam irytację, jeszcze niewielką, bardziej podszytą niepokojem niż złością.
„Pewnie wydarzyło się coś pilnego. Może musiał nagle wyjść” — próbowałam się uspokoić.
Wtedy spojrzałam na krzesło stojące przy oknie.
Moja torebka była otwarta.
W jednej chwili ścisnęło mnie w piersi.
Dopadłam do niej i zaczęłam nerwowo sprawdzać zawartość.
Portfel leżał na miejscu.
Dokumenty również.
Brakowało tylko karty płatniczej.
Zastygłam z dłonią wsuniętą do środka.
Nie. To nie mogło być prawdą.
Palce zaczęły mi drżeć. Wysypałam wszystko na łóżko i przeszukałam każdy schowek, każdą kieszonkę, nawet przestrzeń między podszewką a zamkiem. Przerzuciłam drobne monety, chusteczki, klucze i kosmetyki.
Karty nie było.
Po plecach przeszedł mi lodowaty dreszcz.
— Boże…
Chwyciłam telefon.
Ekran był pełen powiadomień z banku.
Jedno.
Drugie.
Trzecie.
Piąte.
Dziesiąte.
Z każdą kolejną wiadomością strach narastał, aż przestałam normalnie oddychać.
Z mojego rachunku znikały pieniądze.
Ogromne kwoty.
Te same oszczędności, które odkładałam cierpliwie przez ponad dziesięć lat.
Łączna suma zbliżała się już do miliona rubli.
Wtedy ogarnęła mnie panika.
Natychmiast wybrałam numer banku.
— Musimy bezzwłocznie zablokować kartę — powiedziała konsultantka spokojnym, zawodowym tonem.
— Tak, proszę! Proszę zrobić to natychmiast! Teraz!
Gdy potwierdziła, że karta została zastrzeżona, osunęłam się na łóżko. Nie miałam siły ani wstać, ani nawet odłożyć telefonu.
Łzy same popłynęły mi po policzkach.
Czy Marek od początku był zwykłym oszustem?
Czy każdy jego uśmiech, każde ciepłe spojrzenie i każde łagodne słowo były tylko dobrze przećwiczonym przedstawieniem?
W pamięci zaczęły odtwarzać się sceny z poprzedniego wieczoru.
Pytał zbyt dużo.
Zbyt dokładnie.
O moje życie.
O dzieci.
O pieniądze.
O to, czy mieszkam sama.
Jeszcze kilka godzin wcześniej uważałam to za swobodną rozmowę dwojga ludzi, którzy przypadkiem spotkali się przy hotelowym barze.
Teraz w każdym pytaniu dostrzegałam plan.
Telefon nagle zadzwonił.
Na wyświetlaczu pojawił się nieznany numer.
Odebrałam drżącą dłonią.
— Halo?
Po drugiej stronie przez kilka długich sekund panowała cisza.
Wreszcie odezwał się niski męski głos.
— Pani Heleno Nowak?
— Tak… przy telefonie.
— Pod żadnym pozorem proszę nie opuszczać hotelu. Wkrótce będziemy na miejscu.
— Przepraszam, ale kim pan jest?
Nie usłyszałam odpowiedzi.
Połączenie zostało przerwane.
Patrzyłam na ekran, czując, jak serce bije coraz szybciej.
Mniej więcej dwadzieścia minut później ktoś zapukał do drzwi mojego pokoju.
I właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że historia z Markiem może być znacznie straszniejsza, niż byłam w stanie sobie wyobrazić.
Rozdział 2. Ludzie za drzwiami i prawda, która zaczęła wychodzić na jaw
Rozległo się kolejne pukanie.
Tym razem mocniejsze, bardziej stanowcze i wyraźnie niecierpliwe.
Minęła chwila, zanim zdołałam podnieść się z łóżka. Nogi miałam ciężkie jak z ołowiu, a w głowie wciąż słyszałam słowa z telefonu:
„Proszę nie opuszczać hotelu”.
— Kto tam? — zapytałam, usiłując nadać głosowi spokojne brzmienie.
— Policja. Proszę otworzyć.
Serce znów ścisnęło mi się w piersi.
Policja?
A więc nie chodziło już wyłącznie o skradzioną kartę.
Sprawa musiała być o wiele poważniejsza.
Powoli przekręciłam zamek.
Do pokoju weszły dwie osoby.
Pierwszą był umundurowany policjant. Obok niego stała kobieta ubrana po cywilnemu, trzymająca pod pachą grubą teczkę z dokumentami. Zanim się odezwała, uważnie omiotła wzrokiem całe pomieszczenie, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół.
— Pani Helena Nowak? — zapytała.
— Tak…
— Spędziła pani tę noc z mężczyzną, który przedstawił się jako Marek?
Bez słowa skinęłam głową. Lodowate uczucie wróciło, tym razem jeszcze silniejsze.
Kobieta wymieniła krótkie spojrzenie z policjantem.
— Musimy zadać pani kilka pytań. Czy twierdził, że jest fotografem?
— Tak. Powiedział, że pracuje jako fotograf. Poznaliśmy się wczoraj wieczorem w hotelowym barze.
Policjant zapisał coś w notesie.
— Zna pani jego prawdziwe nazwisko?
Stałam bezradnie, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
— Nie. Podał tylko imię.
W pokoju zapadła ciężka cisza.
Kobieta westchnęła.
— Nie jest pani pierwszą kobietą, do której zbliżył się w ten sposób.