— Jutro moi koledzy przyjadą na trzy dni. Ugotujesz, posprzątasz i będziesz ich obsługiwać — zarządził mąż. Katarzyna tylko skinęła głową. Rano przy drzwiach czekały na niego własne walizki

— Jutro wpadają do mnie koledzy. Zostaną na trzy dni. Przygotujesz jedzenie, ogarniesz mieszkanie i dopilnujesz, żeby niczego im nie brakowało — rzucił Paweł, nie odrywając wzroku od tabletu.

Katarzyna stała przy kuchence i powoli mieszała gęsty, słodki lukier do kolejnej partii dekoracji. Kiwnęła głową bez słowa, tak jak człowiek reaguje na przeciąg, który od dawna zna i którego nie ma już siły komentować. Między jej palcami zastygała biała masa. Do rana miała się z niej narodzić niewielka wieżyczka z delikatnie skręconą balustradą.

— Dobrze — odpowiedziała spokojnie. — Kto dokładnie przyjeżdża?

— Marek, Łukasz i jeszcze jeden facet, którego nie znasz. — Paweł wreszcie podniósł głowę. — Czemu tak na mnie patrzysz? Jakbym wysyłał cię do pracy w kamieniołomie.

— Patrzę, bo nagle postanowiłeś ze mną porozmawiać. To dość rzadkie wydarzenie. Powinnam zapisać datę.

— Bardzo zabawne. — Skrzywił się z niezadowoleniem. — Kaśka, nie mam teraz ochoty na twoje dowcipy. Chłopaki liczą na porządne przyjęcie. Ma być dużo jedzenia, czysto i przygotowane miejsca do spania.

Zdjęła rondelek z ognia i wytarła dłonie w kuchenną ściereczkę. Na stole stały w równych rzędach małe piernikowe ściany, gotowe, by połączyć je w jeden dom. Katarzyna nieustannie budowała domki na cudze święta, lecz dla siebie niemal nigdy nie miała czasu stworzyć choćby odrobiny świątecznej atmosfery.

— Pawle, jestem zajęta do wieczora. Mam duże zamówienie weselne i muszę złożyć cały piernikowy pałac. Mogę przygotować kolację na pierwszy dzień, ale trzy doby usługiwać trzem dorosłym mężczyznom to już przesada.

— Dla niej wszystko jest przesadą — prychnął, podnosząc się z kanapy. — Przecież i tak siedzisz w domu i kręcisz się koło kuchenki. Naprawdę tak trudno postawić na stole kilka talerzy więcej?

— Siedzę w domu — powtórzyła równo. — Ciekawe podsumowanie mojego życia. Niezwykle wnikliwe.

— Tylko nie zaczynaj. Tłumaczę ci normalnie: przyjeżdżają ludzie i trzeba ich odpowiednio przyjąć. Nic nadzwyczajnego. Poza tym sama powinnaś chcieć, żeby zobaczyli, że prowadzimy porządny dom.

Katarzyna podeszła bliżej i przez chwilę uważnie przyglądała się jego twarzy. Nie była rozdrażniona. Bardziej zdumiona, jakby próbowała ustalić, czy on naprawdę nie słyszy własnych słów. Czasami wciąż wierzyła, że do człowieka można dotrzeć, jeśli mówi się cicho, jasno i bez oskarżeń.

— Zróbmy tak — zaproponowała łagodnie. — Przygotuję przekąski i ciepłe danie na pierwszy wieczór. Później wy, dorośli ludzie, sami odgrzejecie jedzenie i po sobie posprzątacie. Zgoda?

— Nie — odparł ostro Paweł. — Gośćmi zajmuje się żona. Tak się robi.

— Kto to ustalił?

— Wszyscy tak uważają! — podniósł głos. — Myślisz, że jesteś jakaś wyjątkowa? Żona ma prowadzić dom. Nie potrafisz, to się naucz.

Katarzyna milczała przez chwilę, obracając ostrożnie w palcach niewielki piernikowy element. Nagle przypomniała sobie zdanie, które kiedyś przeczytała: cierpliwość ma gorzki smak, lecz jej owoce bywają słodkie. Na jej ustach pojawił się ledwie widoczny uśmiech.

— Dobrze — powiedziała. — Zrozumiałam. Idź odpocząć. Na pewno bardzo się dziś zmęczyłeś leżeniem na kanapie.

— Widzisz? Jak chcesz, potrafisz mówić normalnie — stwierdził z zadowoleniem, klepnął dłońmi w kolana i poszedł do pokoju.

Katarzyna została w kuchni pośród swoich wież i ścian. Starannie ułożyła gotowe części, przykryła je folią, a potem wyjęła z szafki duży szkicownik, w którym zwykle projektowała kolejne piernikowe domy. Tym razem zaczęła rysować zupełnie inny plan.

Następnego ranka siedziała w niewielkiej kawiarni na rogu. Z Agnieszką spotykały się tu od blisko dziesięciu lat. Przed Katarzyną stygnęło cappuccino, którego niemal nie tknęła. Agnieszka, jak zwykle spóźniona, wpadła do środka, zdjęła szalik i ciężko opadła na krzesło po drugiej stronie stolika.

— No dobrze, mów, co się stało, skoro to takie pilne — rzuciła. — Przez telefon brzmiałaś jakoś inaczej niż zwykle.

— Paweł zaprosił do nas kolegów. Na całe trzy dni. W pakiecie mają pełne wyżywienie, kucharkę, sprzątaczkę i kelnerkę w jednej osobie. Spróbuj zgadnąć, komu przypadła ta zaszczytna rola.

— Daj mi chwilę — Agnieszka zmrużyła oczy. — Czyżby samemu Pawłowi?

— Bardzo śmieszne. Zaproponowałam kompromis: pierwszego dnia gotuję ja, potem radzą sobie sami. Oświadczył, że, cytuję, „tak się robi”.

— Kto tak robi?

— „Wszyscy”. Powołał się na zbiorową opinię całej ludzkości — uśmiechnęła się krzywo Katarzyna. — Stałam z piernikową wieżyczką w ręku i słuchałam wykładu o obowiązkach małżeńskich. Przez moment naprawdę pomyślałam, że mi się to śni.

Agnieszka upiła łyk kawy i odstawiła filiżankę na spodek.

— Kaśka, znam cię od lat. Uśmiechasz się, ale oczy masz zupełnie inne. Co zamierzasz zrobić?

— Na razie nic strasznego. Dam mu ostatnią szansę. Wieczorem powiem wszystko prosto i spokojnie, bez awantury i wypominania: albo dzielimy obowiązki jak dwoje dorosłych ludzi, albo mnie w tym nie ma. Potem zobaczę, co wybierze.

— A jeśli wybierze źle?