— Marto! Długo jeszcze będziesz się tam krzątać? — potężny głos Henryka Dobrowolskiego przetoczył się z salonu tak stanowczo, jakby wydawał polecenie podwładnej. — Goście zjawią się za dwie godziny, a półmiski z wędlinami wciąż stoją puste!
Całe mieszkanie nasiąkło ciężkim zapachem kaczki pieczonej w piekarniku. Aromat wniknął w tapety, zasłony, a nawet w płaszcze wiszące w przedpokoju. Dla Marty nie miał już jednak nic wspólnego ze świętem. Pachniał wyłącznie zmęczeniem — gęstym, lepkim i niekończącym się.
Zegar nad kuchenką wskazywał wpół do piątej. Trzydziesty pierwszy grudnia. W całej Polsce ludzie kroili sałatki przy starych komediach, poprawiali fryzury przed sylwestrową nocą i otwierali pierwsze butelki wina. Marta czuła się natomiast tak, jakby właśnie skończyła dwie zmiany przy rozgrzanym piecu w hucie.
Otarła czoło wierzchem dłoni, zostawiając na skórze jasną smugę mąki, po czym przymknęła oczy choćby na kilka sekund.
— Zdążę ze wszystkim, panie Henryku — odpowiedziała, siląc się na opanowanie. — Kaczka jest prawie gotowa, galareta chłodzi się na balkonie. Zostało mi tylko napełnić tartaletki kawiorem.
Teść wszedł do kuchni niespiesznym krokiem, szurając miękkimi kapciami. Poprawił poły bordowej, aksamitnej marynarki domowej. Był postawnym, ciężkim mężczyzną o starannie ułożonych siwych włosach, na które zużywał chyba pół puszki lakieru. Ta fryzura wyglądała tak, jakby nie zmieniła się od końca lat osiemdziesiątych.
Henryk zmierzył krytycznym spojrzeniem blat zasłany miskami, deskami, otwartymi słoiczkami i blachami.
— Kawioru nie żałuj — polecił, stając Marcie niemal nad ramieniem niczym kontroler sprawdzający księgi rachunkowe. — Przyjdą dziś Bogdan Wysocki z żoną i Witold. To ludzie obyci, przyzwyczajeni do porządnego przyjęcia. Nie zamierzam się przed nimi skompromitować. Posmarowałaś tartaletki masłem?
— Posmarowałam — odparła równo, nie przerywając pracy.
— Dopilnuj, żeby warstwa wszędzie była taka sama. Ostatnim razem masło wystawało w kilku miejscach całymi grudkami. Było mi wstyd przed ludźmi.
Marta znieruchomiała z nożem w dłoni. Tamtym „ostatnim razem”, podczas jubileuszu Henryka, niemal przez dobę nie odchodziła od kuchenki. Przygotowała jedzenie dla piętnastu osób, a gdy goście wyszli, do trzeciej nad ranem szorowała talerze i kieliszki. Jedyną oceną teścia było chłodne stwierdzenie, że galareta wyszła odrobinę zbyt twarda.
— Panie Henryku, może chociaż pomoże mi pan nakryć do stołu? — zapytała, nie odwracając się. — Trzeba przynieść świąteczny serwis i wypolerować kieliszki. Nie dam rady jednocześnie pilnować piekarnika i biegać do salonu.
Teść westchnął demonstracyjnie, jakby właśnie poproszono go o przeniesienie fortepianu. Poprawił na palcu ciężki złoty sygnet.
— Moja droga, z największą przyjemnością bym pomógł, ale doskonale wiesz, że mam chory kręgosłup. Lekarz zabronił mi się schylać i dźwigać. Poza tym gospodarz powinien przywitać gości wypoczęty, elegancki i w dobrym nastroju. Jest wizytówką domu. Kuchnia natomiast to zaplecze robocze.
— Czyli ja jestem personelem? — spytała cicho Marta, układając na tartaletce maleńką gałązkę koperku.
— Nie przekręcaj moich słów — machnął ręką Henryk i ruszył ku drzwiom. — Jesteś młoda, ruch ci nie zaszkodzi. A gdzie Paweł? Dlaczego nie sprawdza, czy szampan porządnie się schłodził?
— Paweł siedzi w pokoju i gra na konsoli — odpowiedziała sucho.
— To niech odpoczywa. Miał trudny kwartał: raporty, przełożeni, cały ten bank wycisnął z niego ostatnie siły. Nie zawracaj mu głowy drobiazgami. Ja idę włożyć garnitur. Za czterdzieści minut stół ma błyszczeć!
Drzwi kuchenne zamknęły się bezszelestnie. Marta została sama z trzaskającą skórką kaczki i z nagłą ochotą, by cisnąć otwartym słoiczkiem kawioru prosto w ścianę.
Kiedy skończyła przygotowywać zimne przekąski, przycisnęła dłoń do zdrętwiałych pleców i poszła do salonu. Pośrodku pokoju stał stary rozkładany stół przykryty śnieżnobiałym, wykrochmalonym obrusem. Była to jedyna rzecz, którą Henryk zrobił sam.
Paweł leżał rozparty w fotelu i z zapałem naciskał przyciski kontrolera. Na ekranie wybuchały kolejne kosmiczne statki.
— Pawle — odezwała się Marta.
Mąż nie usłyszał albo udał, że nie słyszy. Nadal gwałtownie sterował postacią.
— Pawle! — powtórzyła głośniej.
Drgnął i odsunął słuchawkę z jednego ucha.
— Co? Co się stało, kochanie? Już siadamy?
— Jeszcze nie. Pomóż mi przenieść jedzenie z kuchni. Półmisek z kaczką jest ciężki, a salaterki pełne po brzegi. Nie mogę sama bez końca chodzić tam i z powrotem.
Paweł skrzywił się z niezadowoleniem i zatrzymał grę.
— Marta, przecież tata jest obok. Poproś jego. Ten poziom przechodzę już czterdzieści minut. Zostało naprawdę niewiele.
— Twój ojciec właśnie wkłada garnitur i wybiera krawat. Ja nie usiadłam od ósmej rano. Proszę cię, wstań i pomóż nakryć do stołu. Ty również zamierzasz świętować.
Mąż wypuścił głośno powietrze, pokazując całym sobą, jak niewyobrażalne poświęcenie musi ponieść. W końcu podniósł się z fotela.
