Pani Maria czekała na córkę w każdą sobotę.
Tak było od tylu lat, że nawet najstarsi sąsiedzi przestali pamiętać, kiedy właściwie zaczęła się ta jej cotygodniowa wędrówka. Bez względu na pogodę — czy lał jesienny deszcz, czy śnieg zasypywał drogę, czy od pól ciągnął mokry, przenikliwy wiatr, czy mróz ścinał ziemię na kamień — Maria wyjmowała z szafy swój najlepszy płaszcz, wiązała pod brodą chustkę i szła na przystanek. Ten sam, stary, z betonowych płyt, pomalowany przed laty na niebiesko. Farba dawno popękała i odchodziła płatami, a cały przystanek wyglądał tak, jakby starzał się razem z mazurską wsią.
Autobus z pobliskiego miasteczka pojawiał się punktualnie w południe. Tylko raz dziennie. Maria przychodziła mniej więcej pół godziny wcześniej. Gdy ławka była wolna, siadała. Jeśli ktoś już ją zajmował, stała obok, opierając dłonie na torbie albo po prostu cierpliwie patrząc w stronę zakrętu.
Czekała.
Stary autobus nadjeżdżał z głośnym klekotem silnika. Hamował ciężko, drzwi otwierały się z sykiem, a ludzie po kolei schodzili po stopniach. Maria przyglądała się każdemu. Każdej kobiecej twarzy, sylwetce, każdej torbie, chustce, fryzurze, każdemu sposobowi stawiania kroków. Za każdym razem serce podrywało jej się choć na sekundę.
I za każdym razem na próżno.
Kiedy autobus odjeżdżał, w powietrzu zostawał zapach spalin i cienka warstwa kurzu. Maria stała jeszcze chwilę, jakby bała się, że odejdzie o minutę za wcześnie i właśnie wtedy ktoś wysiądzie. Dopiero potem zawracała. Szła przez całą wieś, mijała zamkniętą świetlicę, stare domy i pochylone ogrodzenia, które z roku na rok coraz głębiej zapadały się w ziemię.
A w głowie powtarzała sobie wciąż to samo:
Może w następną sobotę.
Tak minęło trzydzieści lat.
Córka miała na imię Ewa. Później zaczęła przedstawiać się jako Ewelina. Z czasem została „panią Eweliną”, a jeszcze później nosiła już inne nazwisko — eleganckie, dźwięczne, takie, które dobrze brzmiało w wielkim mieście. Maria kilka razy próbowała je zapamiętać, ale zawsze gdzieś jej uciekało.
Ewa wyjechała do Warszawy w 1992 roku. Chciała dostać się na studia. Miała wtedy zaledwie siedemnaście lat. Była szczupła, jasnowłosa, nosiła długi warkocz i prostą bawełnianą sukienkę, którą matka uszyła jej własnymi rękami. Ojca nie było już od trzech lat. Umarł nagle, mając czterdzieści siedem lat. Serce stanęło mu w czasie sianokosów, na łące.
Prawie cała wieś przyszła pożegnać Ewę. Sąsiadka Helena przyniosła drożdżowe bułeczki zawinięte w ściereczkę. Stary pan Józef wsunął dziewczynie do torby woreczek suszonych jagód. Wujek Stanisław wcisnął jej do ręki trzysta tysięcy starych złotych — pogniecione banknoty, jakby zebrał je ze wszystkich kieszeni. Ewa stanęła na stopniach autobusu, spojrzała na matkę, sąsiadów, drogę i domy, między którymi dorastała.
I rozpłakała się.
— Mamo, wrócę na pierwsze ferie! Naprawdę! I będę pisać. Co tydzień!
Maria kiwała głową i próbowała się uśmiechać, chociaż gardło miała ściśnięte. Pogładziła córkę po włosach.
— Uważaj na siebie, córeczko. Tylko na siebie uważaj.
Autobus ruszył. Koła wzbiły kurz. Ewa machała z okna tak długo, aż droga skręciła za lasem i pojazd zniknął z oczu.
Na początku listy rzeczywiście przychodziły często. Niemal każdego tygodnia. Później co dwa tygodnie. Potem raz w miesiącu. Ewa pisała o Warszawie, akademiku, egzaminach, koleżankach, które poznała na uczelni. Przyznawała, że jest ciężko, że pieniędzy ciągle brakuje. Dorabiała, gdzie się dało: sprzątała, myła podłogi, rozdawała ulotki przy wejściu do metra.
Maria czytała te zdania i płakała. W wyobraźni widziała swoją chudą dziewczynę w zbyt lekkim płaszczyku, stojącą na zimnym wietrze z plikiem cudzych reklam w rękach.
Wysyłała córce wszystko, co tylko mogła. Pieniądze. Paczki z ziemniakami. Słoiki ogórków. Powidła. Suszone ryby. Odkładała dla Ewy najlepsze rzeczy, sobie zostawiając najprostsze jedzenie: ziemniaki, cebulę, chleb. Nie żałowała niczego. Wszystko, co dało się odłożyć, jechało do córki do Warszawy.
Z czasem jednak listy zaczęły przychodzić coraz rzadziej. Najpierw raz na pół roku. Potem raz w roku.
A potem przestały przychodzić w ogóle.
Maria zaczęła pisać pierwsza. Dwa, czasem trzy listy w miesiącu.
„Córeczko, gdzie jesteś? Co się z tobą dzieje? Żyjesz? Jesteś zdrowa? Napisz chociaż jedno zdanie. Nie mogę znaleźć sobie miejsca”.
Odpowiedzi nie było.
W końcu Maria postanowiła pojechać do Warszawy sama.
Był 1997 rok. Sprzedała krowę — ostatnie zwierzę, które ją żywiło. Za część pieniędzy kupiła bilet na pociąg. Jechała prawie dobę, ściskając przy sobie torbę z jedzeniem i drobnymi prezentami dla córki.
Warszawa ogłuszyła ją od pierwszej chwili.
Tłum. Hałas. Samochody. Ludzie pędzący bez patrzenia na innych. A potem metro, którego wcześniej nigdy nie widziała. Kiedy zeszła pod ziemię, stanęła bezradnie pośrodku hali. Ktoś ją potrącił, ktoś ominął zniecierpliwiony, ktoś mruknął coś nieprzyjemnego. Maria ściskała w palcach kartkę z adresem i nie wiedziała, w którą stronę ruszyć.