Tamtego jesiennego wieczoru powietrze zdawało się wyjątkowo ciężkie. Wilgoć przenikała przez ściany starego domu, chłód wciskał się pod ubrania, a w całej izbie wisiało coś jeszcze — niewypowiedziane nieszczęście. W piecu trzaskały nierówno polana, płomień rzucał na ściany drżące, niespokojne cienie. Od ich ruchu wnętrze wydawało się jeszcze bardziej ponure, jakby nawet dom przeczuwał, że stało się coś złego.
Na środku izby stała młoda dziewczyna. W czerwonawym blasku ognia wyglądała niemal jak dziecko — drobna, blada, z głową pochyloną tak nisko, jakby bała się spojrzeć komukolwiek w oczy. Bezwiednie przesuwała palcami po końcu długiego, ciężkiego warkocza, szukając w tym znajomym geście choć odrobiny oparcia. Dłonie jej drżały, ramiona były napięte, a serce ciążyło jak kamień. Czuła na sobie spojrzenia rodziców, lecz nie potrafiła unieść wzroku.
— Przecież nawet miesiąca razem nie przeżyliście. Jak mogło dojść do czegoś takiego? Co się między wami wydarzyło? — zapytała Helena.
W głosie matki nie było gniewu. Był przede wszystkim strach. Patrzyła na córkę, która zaledwie kilka tygodni po ślubie wróciła do rodzinnego domu, i czuła, że za jej milczeniem kryje się coś znacznie gorszego niż zwykła małżeńska sprzeczka.
Zosia nic nie odpowiedziała. Poruszyła tylko głową, jakby wszystkie słowa utkwiły jej głęboko w gardle. Łzy piekły pod powiekami i napierały coraz mocniej, ale dziewczyna zaciskała dłonie. Nie chciała płakać przy wszystkich. Nie pozwoli, by zobaczyli, jak bardzo została zraniona.
— Ile można milczeć? Matka cię pyta — odezwał się ciężko Jan.
Siedział przy stole, opierając na blacie szerokie, spracowane dłonie. Skóra na nich była popękana, na palcach i nadgarstkach ciągnęły się stare blizny. W jego niegdyś ciemnych włosach od dawna dominowała siwizna, a w oczach mieszały się zmęczenie, troska i zupełne niezrozumienie.
Te ręce potrafiły rąbać drewno, prowadzić pług, naprawić dach i dźwigać worki ze zbożem. Teraz jednak leżały bezradnie na stole. Jan nie wiedział, przed czym właściwie miał bronić córki.
Zosia zaczerpnęła głęboko powietrza. Ścisk w gardle nie ustępował. Miała wrażenie, że ktoś w jednej chwili położył jej na ramionach cały ciężar świata.
— Władek nie chce już ze mną żyć — wyszeptała w końcu. — Powiedział, żebym wracała do domu.
Jan gwałtownie odsunął się od stołu.
— Jak to nie chce? Co ty wygadujesz? Jeszcze miesiąc temu braliście ślub. Ludzie byli, wesele było, sam przychodził prosić o twoją rękę. Wszystko odbyło się jak należy. I co teraz nagle się zmieniło? Zosiu, jeżeli sama coś zrobiłaś, nie będę cię krył. Wyszłaś za mąż, więc teraz twój dom jest przy mężu. Zbieraj się i wracaj.
— Jan, poczekaj — Helena natychmiast uniosła rękę. — Nie wydawaj wyroków, zanim czegokolwiek się dowiemy. Nie widzisz, jak ona wygląda? Daj jej dojść do siebie. Nie wypędzaj własnego dziecka, zanim nie usłyszysz, co się naprawdę wydarzyło.
Zosia odezwała się tak cicho, że ledwie ją usłyszeli:
— Najpierw chcę powiedzieć mamie.
— Skoro matce, to matce — mruknął Jan, podnosząc się ciężko. — Same sobie porozmawiajcie. Ja od początku mówiłem, że wszystko poszło zbyt szybko. Ledwie zaczął się koło niej kręcić, a już chciał ślubu. Nikt mnie wtedy nie słuchał.
Włożył wysłużoną kurtkę, mocniej niż trzeba zatrzasnął drzwi i wyszedł na podwórze.
W domu zostały tylko Helena i Zosia.
Długo słychać było urywany szept córki, raz po raz przerywany ciężkim westchnieniem matki. Zosia tłumaczyła, zapewniała, przysięgała, czasem gubiła wątek, po czym zaczynała od nowa. W jej oczach było tyle bólu i upokorzenia, że Helena z każdą kolejną minutą bledła coraz bardziej.
Dziewczyna potrzebowała tylko jednego — żeby matka jej uwierzyła.
Kiedy rozmowa dobiegła końca, Helena wyglądała tak, jakby w ciągu godziny postarzała się o kilka lat. Odesłała Zosię do starszej siostry Anny, mieszkającej niedaleko, a sama zebrała się w sobie i wyszła do męża.
Jan rąbał drewno z taką siłą, jakby na pieńku leżały wszystkie nieszczęścia tego świata. Siekiera wznosiła się wysoko, po czym spadała głucho, rozcinając polana i wieczorną ciszę.
— Jan — odezwała się Helena.
Mąż zatrzymał się.
— Wiesz, co wymyślił nasz zięć? Powiedział, że Zosia była przed nim… nieczysta. I dlatego nie chce z nią dalej żyć.
Siekiera znieruchomiała w rękach Jana.
— Co znaczy nieczysta? — zapytał powoli. — Kiedy niby miała taka być? Przecież poza Władkiem żadnego chłopaka przy niej nie widziałem. Z domu prawie nie wychodziła. Może czegoś nie zauważyliśmy?
Helena spojrzała na niego z goryczą.
— Ty już jesteś gotów uwierzyć obcemu chłopakowi zamiast własnej córce? Ja jej wierzę. Przysięga, że przed nim nikogo nie miała. I widzę po niej, że mówi prawdę. Jest zraniona, zawstydzona i zagubiona, ale winna nie jest.
Jan zmarszczył czoło.
— Jeżeli Władek kłamie, to po co miałby coś takiego mówić? I dlaczego dopiero teraz? Gdyby coś mu nie odpowiadało, nie mógł powiedzieć wcześniej?
— Właśnie tego nie rozumiem. Żył z nią prawie miesiąc, siedział cicho, a teraz nagle odesłał ją do nas. Co mu się w głowie poprzestawiało?