Jan zamachnął się i z całej siły wbił siekierę w klocek.
— Nie zostawię tego tak. Pójdę do nich. Niech mi powiedzą prosto w oczy, dlaczego hańbią nasze dziecko. Nie chcieli jej — mogli nie brać. Ale nie pozwolę, żeby teraz deptali jej dobre imię.
— Tylko się nie zapalaj — ostrzegła Helena. — Tam trzeba rozmawiać. Nie pięściami załatwiać sprawy.
Władek mieszkał z rodziną dwie ulice dalej, w niedużym domu, który wcześniej należał do jego babki. Niski płot, niewielki ganek, dwie jabłonie obok okna — wszystko wyglądało schludnie i spokojnie. To właśnie tam zaczęło się krótkie małżeńskie życie Zosi. I tam skończyło się tak nagle, jakby ktoś przeciął napiętą nić.
Nazajutrz Helena i Jan poszli do zięcia.
Zastali go na podwórzu. W nocy spadł pierwszy śnieg i Władek zgarniał go miotłą ze ścieżki. Był wysokim, silnym młodym mężczyzną. Gdy zobaczył teściów, wyraźnie się speszył i spuścił wzrok.
— Dzień dobry, zięciu — odezwał się Jan, stając niedaleko niego.
Mówił spokojnie, lecz pod tym spokojem czuło się stal.
— Powiedz mi teraz, dlaczego wyrzuciłeś moją córkę z domu.
— Ja jej nie wyrzuciłem — odpowiedział Władek, prostując się i opierając o trzonek miotły. — Powiedziałem tylko, że powinniśmy się rozejść.
Jan zacisnął szczęki.
— Rozum ci odebrało? Po co więc braliście ślub? Dziewczyna siedzi teraz u nas i płacze, a za chwilę cała wieś zacznie pytać, co się stało. Ona przyszła do ciebie uczciwie. A ty obrzuciłeś ją błotem.
Władek przestąpił z nogi na nogę. Płatki śniegu osiadały mu na ciemnych włosach i rzęsach.
— Wszystko jej powiedziałem. Rozwiedziemy się. Koniec.
— Ale dlaczego? — wtrąciła Helena. — Co takiego zrobiła? Czym ci zawiniła? Powiedz wreszcie prawdę.
Władek mocniej zacisnął palce na miotle.
— Nie będę z nią mieszkał. Wasza Zosia była już wcześniej zepsuta.
Jan drgnął, jakby ktoś uderzył go w twarz.
— Skoro tak, to czemu czekałeś prawie miesiąc? — zapytał głucho. — Od razu nie wiedziałeś? Po co przychodziłeś do nas? Po co prosiłeś o jej rękę? Po co robiłeś wesele i przysięgałeś przed ludźmi?
— Wiedziałem — mruknął Władek. — Myślałem, że jakoś to zniosę. Nie potrafię. Nie kocham jej.
Helena aż zadrżała.
— Bezwstydniku! Wziąłeś dziewczynę do domu, pożyłeś z nią, a teraz oddajesz jak niepotrzebną rzecz? Jak ona ma ludziom spojrzeć w oczy? Kłamiesz. Ja znam własną córkę. To ty próbujesz ją oczernić.
— Myślcie sobie, co chcecie — odparł Władek twardo. — Ja ją wam oddaję. Nie biłem jej, nic jej nie zrobiłem. Jest cała i zdrowa. Zabierajcie ją.
Helena chwyciła się za pierś.
— Boże… własne dziecko oddają nam jak worek, którego już nie potrzebują. Po co więc za nią chodziłeś? Przecież na początku nawet nie zwracała na ciebie uwagi. To ty przybiegałeś, prosiłeś, przekonywałeś…
— Helena, usiądź — powiedział Jan, natychmiast podtrzymując żonę. — Usiądź na ławce. Zaraz pójdziemy do jego rodziców. Niech oni odpowiedzą za syna.
— Nie to miałem na myśli… — zaczął Władek, widząc, że sytuacja staje się poważniejsza. — Ale z nią i tak mieszkać nie będę.
— Lepiej już nic nie mów — syknął Jan. — Bo jeszcze chwila i naprawdę nie ręczę za siebie.
Poprowadził żonę w stronę furtki, lecz właśnie wtedy naprzeciw wyszła Jadwiga, matka Władka. Wyglądało tak, jakby od pewnego czasu stała niedaleko i czekała, aż rozmowa dojdzie do tego punktu.
— Dobrze, że jesteś — powiedziała gorzko Helena. — Może ty mi wyjaśnisz, dlaczego twój syn hańbi naszą córkę. Najpierw wziął ją za żonę, a teraz wystawia za drzwi. To człowiek czy przedmiot?
Jadwiga poprawiła chustkę.
— Heleno, sama już nie wiem, co myśleć. Próbowaliśmy z ojcem go wypytać. Długo milczał, a potem powiedział, że Zosia przed ślubem nie była czysta. Że wcześniej kogoś miała. A Władek… nie potrafił tego przebaczyć.
Jan podniósł głos.
— Zastanów się, co mówisz. Nikogo nie miała. Oddaliśmy wam uczciwą dziewczynę, a wasz syn zrobił z niej pośmiewisko. Nie chce z nią żyć? Niech powie, że nie chce. Ale kłamać na jej temat wam nie pozwolę.
Jadwiga zmrużyła oczy.
— A skąd możesz wiedzieć? Ja swojemu synowi wierzę.
Jan splunął ze złością w bok.
— Żyjcie sobie, jak chcecie. My przeżyjemy i plotki, i wasze oszczerstwa. Chodź, Helena. Nie mamy tu czego szukać. Od początku wiedziałem, że ten Władek to tylko dużo mówi, a niewiele jest wart.
Helena przypomniała cicho:
— Trzeba jeszcze zabrać rzeczy Zosi.
— Zabierajcie — powiedział szybko Władek, wyraźnie zadowolony, że rozmowa się kończy. — Kiedy wam pasuje.
— Daj mi dwa dni — rzucił Jan. — Ochłonę, przyjadę wozem i zabiorę wszystko.
W drodze do domu ani Jan, ani Helena prawie się nie odzywali. Świeży śnieg miękko uginał się pod butami. Nie zwracali uwagi ani na białe pola, ani na mijanych ludzi.
Dopiero po dłuższej chwili Helena przerwała ciszę.
— Gdyby przynajmniej nikt się nie dowiedział… Ale przecież ludzie zaczną pytać. A Jadwiga będzie szeptać po kątach, żeby wybielić syna. Za co nas to spotkało? Zosia siedziała spokojnie w domu, nigdzie nie biegała. Władek pojawił się nagle jak wichura. Dwa razy postali razem przed domem, a on już zaczął mówić o ślubie. Dziecko nawet nie zdążyło się zastanowić. A ja jeszcze się cieszyłam. Myślałam: skoro taki chętny, widocznie los jej go zesłał.