„Jest pohańbiona” — rzucił zięć lodowatym głosem, wyrzucając młodziutką żonę za próg. Nie miał pojęcia, że właśnie własnymi rękami otworzył jej drogę do życia, o jakim nigdy wcześniej nawet nie śmiała marzyć

Rzeczy Zosi przewoziła cała rodzina.

Koński wóz sunął wolno po zaśnieżonej drodze. Władka nie było w domu — jakby specjalnie gdzieś zniknął. Jadwiga stała na ganku, obserwując, jak wynoszą kufry, zawiniątka, pierzynę i poduszki.

Kiedy mieli już odjeżdżać, zza rogu pojawił się ojciec Władka. Skinął głową na powitanie, lecz Jan spojrzał na niego tak chłodno, że mężczyzna natychmiast spuścił wzrok.

Jan szarpnął lejce. Wóz ruszył.

Przez całą drogę nikt się nie odezwał.

W domu również w milczeniu przenosili rzeczy do środka. Helena rozłożyła pościel, którą kiedyś przygotowywała dla młodszej córki, wygładziła haftowane poszewki i nagle przypomniała sobie dzień, kiedy kompletowała wyprawę, nie wiedząc jeszcze, do jakiego domu trafi Zosia.

Łzy same napłynęły jej do oczu.

Niedługo potem przybiegła Anna, starsza córka. Nie zdjęła nawet płaszcza. Podeszła prosto do siostry i mocno ją objęła.

Zosia, która do tej chwili wytrzymała bez płaczu, nawet nocą tłumiąc łkanie w poduszce, nagle wtuliła twarz w ramię Anny.

Rozpłakała się.

Bez krzyku, niemal bezgłośnie, ale tak rozpaczliwie, jakby dopiero teraz pozwoliła sobie naprawdę poczuć wszystko, co się wydarzyło.

— Chodź ze mną — powiedziała Anna łagodnie. — Opowiesz mi wszystko. Od początku do końca. Może zrobi ci się choć trochę lżej.

Zabrała siostrę do drugiego pokoju, z dala od rodziców.

Dopiero rozmawiając z Anną, Zosia zaczęła dostrzegać rzeczy, których wcześniej uparcie nie chciała zauważać.

Władek nie stał się chłodny z dnia na dzień. Zmiana następowała powoli. Coraz rzadziej na nią patrzył, odpowiadał półsłówkami, chodził ponury. Ona zaś za każdym razem winiła siebie.

Matka od dziecka nauczyła ją porządku, więc Zosia zamiatała każdy kąt, gotowała potrawy, które mąż lubił, dbała o jego ubrania i starała się być łagodna. Czasem łapała jego spojrzenie i niemal błagała w myślach:

„Przecież się staram. Zobacz, ile dla ciebie robię”.

Do pokoju cicho weszła Helena. Usiadła na brzegu ławki i powiedziała to, co od pewnego czasu nie dawało jej spokoju:

— A jeżeli Zosia nie wróciła od niego sama? Jeżeli okaże się, że będzie dziecko?

Anna zmarszczyła ciemne brwi.

— To co? Wtedy Władek nie będzie miał nic do gadania. Choćbyśmy mieli go tu przyprowadzić siłą, własnego dziecka się nie wyprze. Prawo jest po naszej stronie.

W oczach Zosi nagle pojawiło się coś, czego nie było tam od dnia powrotu — maleńka iskra nadziei.

Serce dziewczyny jeszcze nie zdążyło uwolnić się od męża. Wciąż kurczowo trzymała się nierealnego marzenia, że Władek się opamięta, zrozumie swój błąd i wróci.

— Nie wiem — powiedziała szczerze. — Może nawet dobrze by było, gdyby pojawiło się maleństwo.

Helena popatrzyła na nią z czułością i żalem.

— Ach, dziecko… Zobaczymy. Czas pokaże.

— Przychodź częściej do mnie — zaproponowała Anna. — Posiedzisz z dzieciakami, zajmiesz czymś głowę. Musisz w końcu wyrzucić tego niewdzięcznika z serca.

Helena zawahała się.

— A może powinniśmy wysłać ją gdzieś dalej? W Brzezinach mamy krewnych. Zamieszkałaby tam na jakiś czas, dopóki ludzie nie przestaną gadać.

— Nie, mamo — zaprotestowała Anna. — Po co ma siedzieć u rodziny i się chować? Przed kim? Przed własnym życiem?

Zapadła cisza.

Każda z nich myślała o czymś innym.

Po chwili w sieni skrzypnęły drzwi. Rozległy się ciężkie kroki, a zaraz potem donośny kobiecy głos.

Jan wrócił nie sam.

Już po sposobie mówienia można było rozpoznać ciotkę Genowefę, kuzynkę Jana. Była kobietą postawną, pewną siebie i obdarzoną takim charakterem, że jednym zdaniem potrafiła uciszyć pół wsi.

Weszła do pokoju bez zbędnych ceremonii i rozejrzała się po posępnych twarzach.

— A komu tu stypę urządzacie? — zapytała. — Czemu wszyscy siedzicie, jakby świat się skończył? Co właściwie straciliście?

Jej głos wypełnił cały dom.

— Genowefa, nie słyszałaś, co nas spotkało? — zaczął Jan.

— Słyszałam. I co z tego? Mam się położyć obok was i zawodzić? — ucięła. — No już, dziewczyny, gościa trzeba przyjąć. Czy w tym domu nawet do stołu nie ma komu zaprosić?

Była starsza od Zosi, Anny, a nawet Heleny, dlatego wszystkie nazywała „dziewczynami” zupełnie naturalnie. Nikt też nie próbował z nią dyskutować.

Po chwili na stole pojawiło się jedzenie i cała historia zaczęła się od początku.

Genowefa słuchała długo. Kiedy wszyscy już powiedzieli swoje, uderzyła dłonią w blat.

— Dość. Uszy mi już od tego więdną. Nie przyszłam tu płakać. Mam propozycję. Zosiu, chcesz pracować w urzędzie gminy? U mnie.

Dziewczyna aż uniosła głowę.

— Ja?

— Nie, sąsiadka zza płotu. Oczywiście, że ty. Potrzebuję kogoś do księgowości. Pan Michał, nasz stary rachmistrz, już ledwo widzi cyfry. Codziennie mnie męczy: „Genowefa, puść mnie wreszcie na emeryturę, bo kolumny same mi przed oczami tańczą”.

— Ale ja się na tym nie znam — powiedziała Zosia.

Helena przytaknęła.

— Przecież ona ma tylko szkołę. Chciała kiedyś dalej się uczyć, prosiła, żebyśmy pozwolili jej wyjechać, ale się baliśmy. Nie puściliśmy jej. A teraz na ulicę trudno będzie wyjść, bo każdy zapyta, czemu wróciła od męża. Myślałam, że może lepiej posłać ją do fabryki. Po szkole podobno przyjmują.