Genowefa spojrzała na nią ostro.
— Chcecie dziewczynę schować? To znaczy, że sami zachowujecie się tak, jakby była winna.
— Ależ skąd! — Helena aż machnęła rękami. — Nie zrobiła nic złego.
— Skoro nic, to po co ma uciekać? Wyjechać jest najłatwiej. Zostać, wytrzymać spojrzenia i cudze języki — na to trzeba odwagi. Jeśli Zosia wie, że jest niewinna, ma chodzić z podniesioną głową. Kto zapyta, temu odpowie, że Władek okazał się człowiekiem, z którym nie dało się żyć. A resztę niech puszcza mimo uszu.
— Ciotka ma rację — powiedziała Anna.
Helena jednak nadal się wahała.
— Jak ma pracować przy rachunkach, skoro nigdy się tego nie uczyła?
— Jeżeli się zgodzi, wyślę ją na kurs. Nie musi jechać do wielkiego miasta. W miasteczku powiatowym otworzyli szkolenie. Nauczy się. Może codziennie dojeżdżać samochodem z mleczarni, porozmawiam z kierowcą. Jeśli woli, na jakiś czas znajdziemy jej miejsce w internacie.
Zosia spojrzała na ciotkę niepewnie.
— A jeżeli sobie nie poradzę?
Genowefa uśmiechnęła się pod nosem.
— Słuchaj, strachliwa. Na kursie jest chyba mniej strasznie niż na ślubnym kobiercu. Decyduj się szybko. Nie chcesz — znajdę kogoś innego.
Zosia nagle wstała.
Wyprostowała plecy, jakby wraz z tą propozycją ktoś zdjął z jej ramion część ciężaru.
— Chcę. Kiedy mam jechać?
Genowefa uśmiechnęła się szeroko.
— No, teraz poznaję swoją rodzinę. Za tydzień zaczynasz.
Nowe obowiązki pochłonęły Zosię szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.
W domu znów zaczęło się mówić o czymś innym niż wstyd, rozwód i Władek. Trzeba było przygotować dokumenty, zeszyty, ubrania na drogę. Helena coraz częściej powtarzała z ostrożną dumą:
— Nasza córka się uczy.
Zosia wracała z zajęć zmęczona, lecz w jej oczach znowu pojawiło się życie. Wieczorami siedziała nad podręcznikami, przepisywała kolumny liczb, uczyła się formularzy i rachunków, a następnego ranka znów ruszała do miasteczka.
Mimo to przed snem myślała o Władku.
Wciąż tliła się w niej naiwna nadzieja, że któregoś dnia spotka go na drodze. On zatrzyma ją i powie, że wszystko było pomyłką. Że nie powinien był jej wyrzucać. Że chce, aby wróciła.
A potem zaczną od początku.
I tym razem już na zawsze.
Z takimi myślami nieraz zasypiała.
Do wiosny Zosia rozpoczęła pracę w urzędzie gminy.
Siedziała w małym pokoiku za biurkiem zasypanym papierami. Czasem tak skupiała się na liczeniu, że przez kilka godzin niemal nie podnosiła głowy.
Władek nigdy do niej nie przyszedł.
Na ulicy również prawie go nie widywała. Najwyraźniej wybierał inne drogi, jakby celowo omijał miejsca, w których mógłby ją spotkać.
Pewnego wieczoru Anna przyszła do rodziców i od razu zaciągnęła siostrę do drugiego pokoju.
— Tylko nie płacz — zaczęła gorączkowym szeptem. — Jesteście po rozwodzie. Nie ma czego żałować.
Zosi zrobiło się zimno.
— Co się stało?
— Mówią, że Władek znowu chce się żenić.
— Z kim?
— Z Elżbietą Borkowską. Pamiętasz ją? Wysoka, spokojna. Jak idzie, wszyscy się oglądają.
Zosia doskonale ją pamiętała. Elżbietę rzeczywiście uważano za jedną z najładniejszych dziewczyn w okolicy — smukłą, wysoką, poruszającą się z niezwykłą lekkością.
— Czyli wybrał ją — powiedziała Zosia.
Głos lekko jej zadrżał.
Wydawało się, że zaczęła już budować nowe życie, lecz wiadomość o kolejnym ślubie Władka przecięła starą ranę tak, jakby nigdy naprawdę się nie zagoiła.
— Nie płacz — powtórzyła Anna. — Minęło. Tego już nie cofniesz. On nie zasługuje na ani jedną twoją łzę.
Z kuchni odezwał się Jan:
— Co wy się tam chowacie i szepczecie? Mówcie normalnie, żebyśmy też wiedzieli.
Siostry wyszły.
Wkrótce Helena i Jan dowiedzieli się o planowanym małżeństwie byłego zięcia.
Helena pobladła.
— Nie sądziłam, że oni naprawdę nam to zrobią. Najpierw naszą córkę wyrzucili, a teraz zaraz wprowadzą do tego domu następną. Jak zobaczę Jadwigę, chyba nie będę umiała spokojnie na nią patrzeć.
Jan gwałtownie wstał.
— Pójdę tam. Powiem im wszystkim, co o nich myślę.
Zaczął wkładać buty.
Kobiety natychmiast go otoczyły.
— Jan, nie idź — błagała Helena. — Pokłócicie się, potem jeszcze milicję wezwą i będzie następna historia na całą wieś.
Jan wciągnął drugi but i spojrzał na córkę.
— Zosiu, czemu siedzisz cicho? Chodź ze mną. Przynajmniej spojrzysz mu prosto w oczy.
Anna złapała ojca za rękę.
— Tato, zostaw. Ja też najchętniej powiedziałabym mu kilka słów, ale co to zmieni? Zosia dopiero zaczęła wychodzić na prostą. Pracuje, ciotka Genowefa ją chwali. Pójdziemy tam i wszystko znowu rozdrapiemy. A ludziom damy tylko kolejny temat do plotek.
— Anna ma rację — powiedziała Helena. — Usiądź. Ludzie już zaczynają rozumieć, jak było naprawdę. Kilka kobiet mówiło mi, że w opowieści Władka nie wierzą. Niech się żeni. Może jeszcze gdzieś wyjadą i przestaną nam się pokazywać.
Nie wyjechali.
Władek i Elżbieta zostali we wsi.
Zosia z czasem przestała reagować na ich obecność. Przyzwyczaiła się do myśli, że jej pierwsze małżeństwo naprawdę się skończyło. Starała się nie wracać do przeszłości, choć gdzieś głęboko wciąż tkwił cichy ból.
Latem w urzędzie bywało nawet przyjemnie.