Na ten urlop czekaliśmy z Piotrem niemal cztery miesiące.
Nie marzyło nam się morze, hotel ani zwiedzanie zatłoczonych miast. Nie chcieliśmy biegać od atrakcji do atrakcji razem z tłumem turystów. Pragnęliśmy tylko dwóch tygodni w naszym mieszkaniu. Razem. Bez budzików, służbowych wiadomości i obowiązków, które zawsze pojawiały się szybciej, niż człowiek zdążył odpocząć.
Chciałam budzić się wtedy, kiedy ciało samo uzna to za stosowne, i jeść śniadanie nawet w południe.
Dlatego wcześniej przygotowałam specjalną listę.
Nie plan zajęć.
Wręcz przeciwnie — spis rzeczy, których podczas urlopu nie zamierzałam robić.
Nie wstawać o określonej porze.
Nie gotować codziennie śniadania, obiadu i kolacji według zegarka.
Nie prasować Piotrowi koszul.
Nie odbierać telefonów od współpracowników.
Nie urządzać wielkiego sprzątania tylko dlatego, że nagle miałam wolną chwilę.
Był to mój pierwszy prawdziwy urlop od prawie trzech lat. Zamierzałam wykorzystać każdą minutę ciszy.
Wtedy zadzwoniła ciotka Piotra.
Irena.
Miała sześćdziesiąt dwa lata, głos dyrektorki szkoły podczas apelu i absolutną pewność, że inni ludzie pojawili się na świecie głównie po to, aby ułatwiać jej życie.
Słyszałam rozmowę z drugiego pokoju.
Ciotka Irena prawie nigdy nie mówiła zwyczajnie.
Ona wygłaszała komunikaty.
— Piotruś, postanowiłam do was przyjechać. Na cztery dni. Może zostanę tydzień, zobaczymy, jak się wszystko ułoży.
Nie zapytała, czy nam to odpowiada.
Nie spytała, czy mamy jakieś plany.
Po prostu podjęła decyzję.
Piotr spojrzał na mnie jak człowiek, który właśnie bosą stopą nadepnął na klocek.
Powoli pokręciłam głową.
On bezradnie rozłożył ręce.
Od razu wiedziałam, że nie będzie umiał jej odmówić.
Kiedy Piotr miał dwanaście lat, zmarła jego mama. Przez kolejne dwa lata mieszkał u ciotki Ireny, dopóki jego ojciec nie ożenił się ponownie.
Ciotka zamieniła te dwa lata w dożywotni rachunek wdzięczności.
Za każdym razem, gdy Piotr próbował się jej przeciwstawić, słyszał:
— To ja cię karmiłam, kiedy nikogo nie obchodziło, co się z tobą dzieje.
I Piotr ustępował.
Zawsze.
— Dobrze — powiedziałam. — Niech przyjeżdża. Ale uprzedzam: nie zamierzam obsługiwać jej od rana do wieczora.
Piotr szybko skinął głową.
Wyglądał tak, jakbyśmy właśnie rozwiązali cały problem.
Nie miał pojęcia, jak bardzo się mylił.
Następnego dnia ciotka pojawiła się punktualnie o dziesiątej.
Oczywiście wcześniej nie podała godziny przyjazdu.
Otworzyłam drzwi w piżamie, z kubkiem kawy w dłoni i wyraźnym śladem poduszki na policzku.
Irena przesunęła wzrokiem po mnie od góry do dołu.
Wyglądała jak członkini komisji odbierającej mieszkanie po remoncie.
— Marto, ty dopiero wstałaś? Jest już dziesiąta.
Nie powiedziała „dzień dobry”.
Nie podziękowała, że ją przyjęliśmy.
Od razu rozpoczęła kontrolę.
Weszła do środka z dwiema ogromnymi walizkami.
Z dwiema.
Choć podobno przyjechała tylko na cztery dni.
Ledwo powstrzymałam się przed pytaniem, czy zapakowała zimową garderobę, czy może zapasy na wypadek końca świata.
Piotr wyszedł z sypialni i pomógł wnieść bagaże.
W tym czasie jego ciotka rozpoczęła obchód mieszkania.
Przejechała palcem po komodzie.
Przyjrzała się ścianom.
Sprawdziła okna.
— Zasłony macie już zupełnie wyblakłe. Od dawna powtarzam, że najlepiej pasowałyby tu rolety rzymskie.
To była właściwie pierwsza opinia, jaką wygłosiła na temat naszego domu.
Upiłam łyk kawy.
Nic nie odpowiedziałam.
Przed obiadem stało się jasne, że razem z walizkami Irena przywiozła jeszcze coś.
Harmonogram.
Mój harmonogram.
Najwyraźniej ułożyła go sobie po drodze.
— Martusiu, ja zwykle jem obiad dokładnie o trzynastej. Przygotuj mi jakąś lekką zupę i sałatkę. Tylko bez ogórków, dobrze? Potem mam zgagę.
Leżała wygodnie na kanapie i przeglądała własny tygodnik.
Stopy oparła na pufie.
Na nogach miała miękkie kapcie przywiezione z domu.
Czuła się tak, jakby mieszkała u nas od lat.
Stałam w kuchni i czułam, że gdzieś pod żebrami zaczyna narastać gorąco.
Nie była to jeszcze prawdziwa złość.
Raczej niedowierzanie.
Kobieta przyjechała do naszego mieszkania w czasie mojego urlopu, a po kilku godzinach już ustalała menu.
Jakby zameldowała się w pensjonacie z pełną obsługą.
— Ciociu Ireno, jesteśmy teraz na urlopie — przypomniałam spokojnie. — Jemy wtedy, kiedy mamy ochotę. W lodówce są produkty, a kuchnia jest do dyspozycji.
Powoli oderwała wzrok od gazety.
Spojrzała na mnie tak, jakby kelnerka przyniosła jej rachunek zawyżony o kilkaset złotych.
— Ale ty jesteś przecież gospodynią.
Tylko trzy słowa.
A mieściła się w nich cała jej filozofia życia.
Gospodyni oznacza osobę, która usługuje.
Gość natomiast może wymagać.
Proste.
Logiczne.
Przynajmniej według Ireny.
Piotr był wtedy pod prysznicem.
Ugotowałam sobie makaron, przełożyłam porcję na talerz i usiadłam do jedzenia.
Ciotka przez kilka minut obserwowała mnie w milczeniu.
Potem ostentacyjnie wstała i otworzyła lodówkę.
Zaczęła głośno przesuwać pojemniki, zaglądać do opakowań i wzdychać tak ciężko, jakby właśnie odkryła katastrofę gospodarczą.
