— No, Arturku… teraz nie mamy już nikogo oprócz siebie — powiedziała cicho Walentyna, mocno przytulając wnuka i głaszcząc go po włosach. — Ale ty się nie bój, kochanie. Nikomu cię nie oddam. Jutro pójdę załatwić opiekę. Kto wie, co tym urzędnikom przyjdzie do głowy… Do szkoły na razie nie pójdziesz, uprzedziłam już nauczycieli. Wszyscy wiedzą, jakie nieszczęście nas spotkało. Każdy ci współczuje. Nic się nie martw, Arturku. Czas minie i będzie choć odrobinę lżej.
Nie stało się jednak lżej.
Artur dorastał, zmieniał się, wyrastał z dziecięcych ubrań i stopniowo stawał się mężczyzną, lecz gdzieś w głębi duszy na zawsze pozostał tamtym chłopcem, który pewnego strasznego dnia stracił oboje rodziców.
Tragedia dała mu coś, czego nie mieli jego rówieśnicy — szczególną pozycję.
Wszyscy go oszczędzali.
Nauczyciele nie wymagali od niego zbyt wiele, przymykali oczy na spóźnienia, a czasem wpisywali mu lepsze oceny, niż naprawdę sobie zasłużył. Sąsiedzi częstowali go słodyczami. Babcia zaś gotowa była oddać mu ostatnią rzecz, byle tylko nigdy nie poczuł się gorszy ani pokrzywdzony.
Bo jak można było postąpić inaczej?
Był przecież sierotą.
Walentyna nieustannie powtarzała również, że Artur ma delikatne zdrowie. Raz bolała go głowa, innym razem łapało go przeziębienie albo skarżył się na zmęczenie. Wymaganie od niego zbyt wiele wydawało się więc niemal okrucieństwem.
Mijały lata, a babcia nadal traktowała wnuka tak, jakby wciąż miał dziesięć lat.
Naprawdę nie miała już nikogo bliskiego.
Jej jedyna córka zginęła razem z mężem w tragicznym wypadku samochodowym. Nawet po wielu latach Walentyna nie potrafiła spokojnie wracać myślami do tamtego dnia.
Czasami budziła się w środku nocy i znów widziała telefon, szpitalny korytarz, obce twarze oraz małego Artura, który jeszcze nie rozumiał, dlaczego mama już nigdy nie wróci do domu.
Często zadawała sobie pytanie, czym ich rodzina zasłużyła na tak bezlitosny los.
Płakała po cichu, żeby wnuk tego nie słyszał.
Z biegiem czasu pojawił się jednak nowy lęk.
Co się stanie, gdy Artur pewnego dnia odejdzie?
Ożeni się.
Wyprowadzi.
Założy własną rodzinę.
Kto wtedy będzie jej potrzebował?
Walentyna pocieszała się w duchu, że zapewne nie nastąpi to szybko.
Artur był spokojnym domatorem. Po pracy najchętniej siadał przy komputerze, nie przepadał za większym towarzystwem i właściwie nie miał przyjaciół. Z dziewczynami również nigdy szczególnie mu się nie układało.
Skąd miałaby się więc wziąć żona?
A jednak się pojawiła.
Alicja.
Walentyna nie polubiła jej już przy pierwszym spotkaniu.
Dziewczyna wydawała jej się zbyt bezpośrednia, wymagająca i pewna siebie. Wiedziała, czego chce od życia, i nie zamierzała zadowalać się byle czym.
Babcia natychmiast uznała, że dla jej Arturka nie można było znaleźć gorszej kandydatki.
— Ty w ogóle wiesz, z kim się związałeś? — lamentowała. — To nie dziewczyna, tylko rekin! Wyciągniesz palec, a odgryzie ci rękę po łokieć. Potrzebujesz spokojnej, domowej kobiety. Dobrej, takiej, która będzie ceniła rodzinę. A ta? Słyszałeś, jakie ma wymagania? Zrujnuje ci życie.
— Babciu, daj spokój.
— Wcale nie dam spokoju! Co ty w niej widzisz? Gdyby chociaż była jakąś niezwykłą pięknością. A ona? Zwyczajna, chuda dziewczyna, z nosem zadartym do góry. Rozmawia z ludźmi, jakby cały świat był jej coś winien. Zorientowała się tylko, że jesteś dobry i niedoświadczony, więc się ciebie uczepiła.
— Kocham ją.
— Dzisiaj kochasz, a jutro przybiegniesz zapłakany. Rozstań się z nią, póki jeszcze możesz.
Tym razem Artur po raz pierwszy nie zamierzał słuchać babci.
Naprawdę się zakochał.
Alicja nie była modelką ani olśniewającą pięknością. Miała przeciętny wzrost, szczupłą sylwetkę i niczym szczególnym nie wyróżniała się z tłumu.
Dla Artura stała się jednak pierwszą kobietą, która okazała mu prawdziwe zainteresowanie.
Sama dzwoniła.
Proponowała spotkania.
Śmiała się z jego żartów.
Mówiła o wspólnej przyszłości.
Dla człowieka, który przez całe życie niemal nie doświadczał kobiecej uwagi, to wystarczyło, by poczuć się naprawdę ważnym.
Przypadkowa znajomość całkowicie odmieniła jego codzienność.
Nie chciał pozwolić, by babcia wszystko zniszczyła.
Nieoczekiwanym sprzymierzeńcem Artura okazał się sąsiad, pan Wiktor.
Samotny emeryt od dawna zwracał uwagę na Walentynę.
Czasem zanosił jej zakupy.
Innym razem wymieniał przepaloną żarówkę.
Zdarzało mu się też zajrzeć wieczorem „dosłownie na pięć minut”, a potem siedzieć przy herbacie aż do późna.
Artur doskonale rozumiał, dokąd to zmierza.
Pewnego dnia ostrożnie napomknął babci:
— Wiktor nie przychodzi do ciebie bez powodu.
Walentyna roześmiała się głośno.
— Arturku, jakie romanse w moim wieku? Powinnam raczej myśleć o duszy.
— Masz dopiero sześćdziesiąt lat.
— „Dopiero”! — prychnęła i rozmasowała obolałe kolano. — Rano wstaję z łóżka jak stara szafa.
— Wiktor jest od ciebie pięć lat starszy i jakoś daje radę. Codziennie ćwiczy, biega, prawie nie odwiedza lekarzy.
— To niech sobie biega.
