Helena Kowalska poczuła, że dzieje się coś złego, jeszcze zanim samochód dotarł do skrzyżowania oddalonego o dwadzieścia kilometrów.
Marek prowadził w milczeniu. Nie włączał radia, nie narzekał na pełną dziur drogę i ani razu nie spojrzał na matkę w lusterku. Rano sam spakował jej torbę, nie pozwalając nawet podejść do szafy.
— Mamo, nie zaglądaj. Wiem, co będzie ci potrzebne.
Termos z gorącą herbatą, który Helena przygotowała na drogę, został na kuchennym stole.
Samochód zjechał z asfaltu na polną drogę. Najpierw ciągnęły się pola, potem pojawił się pas drzew, a za nim znowu otwarta przestrzeń — tym razem bez słupów i przewodów, jakby cywilizacja kończyła się właśnie tutaj.
— Marku, dokąd jedziemy?
— Jak dojedziemy, to zobaczysz.
Wioska nazywała się Brzozówka. Było w niej zaledwie dziewięć gospodarstw, a okna czterech domów zasłaniały przybite na stałe deski. Terenówka zatrzymała się przy ostatniej chacie, przechylonej na bok, jakby nawet ona miała już dość samotnego trwania.
Marek otworzył bagażnik. Wyjął torbę i rzucił ją na trawę. Na wierzch położył zwinięty, kraciasty koc.
— Zamieszkasz tutaj i nikomu nie będziesz zawadzać! — zatrzasnął bagażnik, po czym z niechęcią otrzepał dłonie. — Powietrze jest czyste, nikt nie będzie nad tobą stał. Karolinie potrzebny jest teraz spokój, a u nas trwa remont. Sama przecież widzisz.
Był koniec kwietnia, ale tamtego roku wiosna jakby nie mogła się rozpocząć. Śnieg zniknął dopiero tydzień wcześniej. Ziemia pozostawała ciężka i nasiąknięta wodą, a nocami temperatura spadała do minus trzech stopni. Rano kałuże pokrywała cienka warstwa lodu.
Helena patrzyła na dom. Ganek niemal zapadł się w ziemię, najniższy stopień całkowicie spróchniał, a okna zabito szarymi deskami. Od furtki do drzwi prowadziła ledwie widoczna ścieżka, zarośnięta zeszłorocznym łopianem i bladymi pędami młodej pokrzywy. Do głównej drogi było piętnaście kilometrów wyboistej polnej trasy.
— Marku… — w ustach miała sucho. — To mieszkanie kupiliśmy z twoim ojcem wspólnie. Oddałam wam duży pokój i balkon. Mogę przecież siedzieć u siebie i nie wychodzić, dopóki robotnicy będą pracować.
Syn ciężko westchnął i nacisnął przycisk opuszczania szyby. Szkło zjechało powoli. Karolina poprawiła duże, ciemne okulary, które zasłaniały niemal połowę jej twarzy.
— Pani Heleno, omawialiśmy to już chyba sto razy. Zawsze coś pani nie pasuje. Marek znalazł dom, wszystko ustalił, a pani znowu urządza scenę. Jedźmy już, Marku. Boli mnie krzyż.
Marek nawet nie spojrzał na matkę. Okrążył samochód, usiadł za kierownicą i ruszył. Koła przydeptały suchą trawę, a terenówka potoczyła się pod górę.
Kurz jeszcze długo wisiał w powietrzu, osiadając Helenie na ramionach. Stała przy furtce i myślała tylko o jednym: nie zdążyła powiedzieć najważniejszego. W kieszeni miała tabletki na serce, a w całej wiosce nie było ani apteki, ani punktu medycznego.
Przez dziesięć lat mieszkała we własnym lokalu tak, jakby była jedynie wygodnym elementem wyposażenia. Gotowała, prała i oddawała emeryturę do wspólnego budżetu. Kiedy Marek potrzebował samochodu, sprzedała działkę — tę samą, na której jako dziecko łapał kijanki do starej beczki.
Rozsunęła zamek torby. W środku znalazła sprany szlafrok, kawałek mydła, dwie paczki makaronu i herbatę w saszetkach. Syn pakował ją w pośpiechu. Nie włożył nawet ciepłego swetra.
Na samym dnie leżał jej stary telefon z przyciskami. Karolina zawsze prosiła, by chować ten „starożytny cegłofon”, bo wstydziła się go przy znajomych. Bateria wytrzymywała jednak prawie tydzień, a w książce telefonicznej nadal znajdowały się numery ludzi, z którymi Helena pracowała jeszcze za życia męża.
Nie było zasięgu. Ani jednej kreski.
W bocznej kieszeni, pod szlafrokiem, spoczywały małe, dziergane buciki. Białe, z błękitnymi sznurówkami. Helena robiła je przez całą zimę wieczorami, kiedy pozostali domownicy już spali. To ona sama włożyła je do torby.
Zmrok zapadł szybko. Deski z drzwi musiała odrywać własnymi rękami, bo stare gwoździe ledwo się trzymały. W środku czuć było kurz, wilgoć i myszy. W kącie stało metalowe łóżko z zapadniętym stelażem i gołym materacem.
W nocy temperatura spadła do minus pięciu. Helena leżała zwinięta pod cienkim kocem, wpatrując się w czarny sufit i słuchając skrobania myszy za piecem. Dopiero nad ranem dotarła do niej lodowata, wyraźna myśl: jeśli teraz się rozpłacze, załamie i pogodzi z losem, zostawią ją tutaj już na zawsze.
Rano wyszła na podwórze z zardzewiałym wiadrem znalezionym w sieni. Przy płocie skrzypnęły deski. Spomiędzy krzaków bzu wyłonił się wysoki, szczupły starzec w gumowych butach.
— A więc mamy nową mieszkankę? — przyjrzał się jej bez ciekawości właściwej obcym ludziom. Raczej oceniał sytuację, jak ktoś, kto zaraz będzie musiał zabrać się do pracy. — Antoni Zieliński. Mieszkam w trzecim domu od studni. Proszę dać wiadro. Łańcuch się zerwał, sama wody pani nie wyciągnie.
Po dziesięciu minutach wrócił z pełnym wiadrem. Postawił je obok ganku i spojrzał na spróchniały stopień.