— Weroniko, dzień dobry. Z tej strony administratorka ośrodka „Leśna Przystań”. Chciałam doprecyzować szczegóły dotyczące soboty. W zgłoszeniu widnieje teraz trzydzieści osób. Czy mamy przygotować dodatkowe nakrycia i dostawić jeszcze dwa stoły?
Weronika przez kilka sekund milczała.
Siedziała właśnie w pracy, dopijała zimną już kawę i przeglądała ostatnie dokumenty przed końcem dnia. Kiedy usłyszała podaną liczbę, odsunęła telefon od ucha i sprawdziła ekran, jakby chciała się upewnić, że rozmowa rzeczywiście jest skierowana do niej.
— Przepraszam… ile osób?
— Trzydzieści. Wczoraj Piotr potwierdził ostateczną liczbę gości.
— Piotr?
— Tak. Powiedział, że lista trochę się powiększyła.
Weronika powoli oparła się o krzesło.
„Trochę”.
Jeszcze tydzień wcześniej mówili o dwunastu osobach. O niej, Piotrze, jego mamie, siostrze z mężem, dorosłym synu Piotra z pierwszego małżeństwa, dwóch najbliższych przyjaciołach i kilku krewnych.
Taki właśnie plan wspólnie omawiali.
Piotr miał skończyć pięćdziesiąt lat i sam wtedy powiedział:
— Nie chcę żadnej restauracji na sto osób. Zróbmy coś spokojnego, rodzinnego. Wynajmiemy domek gdzieś pod Warszawą, posiedzimy normalnie, bez niepotrzebnego przepychu.
Weronice ten pomysł się spodobał.
Zgodziła się przygotować w domu kilka sałatek i przekąsek, a dania na ciepło zamierzali zamówić już na miejscu. Część produktów planowali zabrać ze sobą.
Dwanaście osób — to było wykonalne.
Ale trzydzieści?
To nie miał być już kameralny rodzinny wieczór.
To zaczynało przypominać małe wesele.
— Proszę na razie niczego dodatkowo nie potwierdzać — powiedziała administratorkce. — Zadzwonię do pani wieczorem.
Piotr wrócił do domu około siódmej.
Weronika nie czekała na niego w progu z pretensjami. Pozwoliła mu się przebrać, podgrzała kolację, usiadła naprzeciwko i dopiero wtedy położyła telefon na stole.
— Wyjaśnisz mi to?
Piotr rzucił okiem na ekran.
— A… chodzi ci o gości?
— Właśnie o nich.
— Miałem ci powiedzieć.
— Kiedy? W sobotę, kiedy zaczną podjeżdżać pod bramę?
Piotr uśmiechnął się, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło.
— Weronika, no nie zaczynaj. Po prostu doszło kilka osób.
— Z dwunastu zrobiło się trzydzieści i nazywasz to „kilkoma”?
— No więc… zaprosiłem ludzi z pracy. Pięciu. Mama przypomniała o cioci Elżbiecie i jej mężu. Do tego kuzyn z żoną. Potem spotkałem Marka, którego nie widziałem od stu lat. Głupio było go nie zaprosić. A skoro zaprosiłem Marka, to trochę dziwnie byłoby nie zaprosić Tomka i Andrzeja.
Weronika słuchała go, zginając po kolei palce.
— Kto jeszcze?
— Sąsiedzi z działki.
— Piotr…
— To przecież fajni ludzie.
— Może zaprośmy jeszcze dentystę? Chodzisz do niego od dziesięciu lat.
— Nie przesadzaj.
— Wcale nie przesadzam. Próbuję tylko zrozumieć, dlaczego administratorka ośrodka dowiedziała się o trzydziestu gościach wcześniej niż twoja żona.
Piotr wyraźnie się zmarszczył.
— To moje urodziny.
— Pamiętam.
— Pięćdziesiątkę kończy się tylko raz.
— I co z tego?
— Chcę mieć obok siebie ludzi, których lubię i których miło widzieć.
Weronika popatrzyła na męża i nagle zrozumiała, że nie zamierza kłócić się z nim o samą liczbę zaproszonych osób.
Chce trzydziestu — niech będzie trzydzieści.
Chce czterdziestu — proszę bardzo.
Rzecz nie tkwiła w liczbie gości.
Problem polegał na tym, że przez wszystkie lata wspólnego życia słowo „świętowanie” oznaczało dla Piotra i Weroniki coś zupełnie innego.
Dla Piotra uroczystość zaczynała się w chwili, gdy przychodzili goście.
Dla Weroniki — co najmniej dwa dni wcześniej.
W poprzednim roku na urodziny Piotra przyszło piętnaście osób.
W piątek po pracy Weronika spędziła prawie dwie godziny w supermarkecie. Przemierzała alejki z wózkiem, wybierała dobre mięso, świeże warzywa, zioła, ser, owoce i napoje.
Potem dźwigała ciężkie torby do domu.
Do jedenastej wieczorem gotowała warzywa, marynowała mięso i przygotowywała wszystko na następny dzień.
Rano wstała wcześniej niż mąż.
Piotr spokojnie wziął prysznic, długo zastanawiał się, którą koszulę założyć, i odpisywał na życzenia w telefonie.
Weronika w tym czasie kroiła sałatki, przekładała jedzenie do pojemników i po raz setny sprawdzała, czy niczego nie zapomniała.
Podczas przyjęcia Piotr witał swoich znajomych.
Weronika nosiła talerze.
Piotr wygłaszał toasty.
Weronika szukała dodatkowych widelców.
Piotr pozował do zdjęć.
Weronika biegła do kuchni, bo skończył się chleb.
Pod koniec wieczoru Piotr z zadowoleniem stwierdził:
— Ale miło posiedzieliśmy.
Weronika właśnie wtedy upychała śmieci do wielkiego worka i marzyła tylko o tym, żeby wreszcie usiąść.
Pewnego razu poprosiła:
— Piotr, pomógłbyś chociaż zebrać talerze?
Spojrzał na nią ze szczerym zdziwieniem.
— Weronika, przecież jestem solenizantem. Mam teraz przez cały wieczór chodzić z brudnymi naczyniami?
Wtedy nic nie odpowiedziała.
Innym razem poprosiła go, żeby odebrał dostawę.
— Sama wyjdź — rzucił Piotr. — Przecież ty najlepiej wiesz, co zamawiałaś.
I znowu poszła sama.
Takie drobiazgi odkładały się latami.