„Miało być dwanaście osób, a jest trzydzieści” — kiedy mąż zaprosił pół świata na swoje urodziny, jego żona po raz pierwszy odmówiła obsługiwania wszystkich za darmo

Piotr naprawdę nie widział, ile wysiłku kryje się za prostym zdaniem: „Nakryliśmy do stołu”.

Dlatego tym razem Weronika nie wracała do przeszłości.

Zadała tylko jedno pytanie:

— Dobrze. Kto przygotuje jedzenie dla trzydziestu osób?

Piotr nawet nie zrozumiał, o co jej chodzi.

— W jakim sensie?

— W najzwyklejszym.

— No jak zawsze. Część zrobimy w domu.

— Kto zrobi?

Piotr spojrzał na nią tak, jakby odpowiedź była oczywista.

— Ty.

Weronika skinęła głową.

— A reszta?

— Dokończysz na miejscu. Przecież w ośrodku jest kuchnia.

Wtedy pojęła wszystko do końca.

Piotr zaprosił gości.

Weronika miała ich obsłużyć.

— Dobrze — powiedziała spokojnie.

Piotr się uśmiechnął.

— No i świetnie. Ustaliliśmy.

— Tak. Trzydziestu gości na urodziny? Doskonale. Tylko gotowaniem, nakrywaniem do stołu i późniejszym sprzątaniem zajmiecie się sami.

Uśmiech powoli zniknął z jego twarzy.

— Kto to znaczy „sami”?

— Ty i osoby, które poprosisz o pomoc.

— Weronika, przestań.

— Mówię całkiem poważnie.

— Chcesz, żebym w swoje urodziny stał przy kuchence?

— Możesz wynająć kucharza.

— Po co płacić kucharzowi, skoro ty świetnie gotujesz?

Weronika przez chwilę milczała.

To właśnie zdanie zabolało ją najbardziej.

Nie: „Przygotujemy to razem”.

Nie: „Pomogę ci”.

Tylko: „Po co płacić, skoro jesteś ty”.

— Bo jestem twoją żoną, Piotr. Nie darmową obsługą.

Piotr skrzywił się z niezadowoleniem.

— Oj, tylko nie zaczynaj.

— Właśnie nie zaczynam. Tym razem nie zamierzam robić nic.

— Przejdzie ci.

— Zobaczymy.

Piotr najwyraźniej był przekonany, że do soboty żona zmieni zdanie.

Tak przecież zawsze się kończyło.

Mówiła, że nie będzie gotować — a mimo wszystko gotowała.

Narzekała na zmęczenie — lecz wstawała i nakrywała do stołu.

Prosiła o pomoc — ale ostatecznie sama zajmowała się wszystkim.

Następnego dnia Piotr zadzwonił nawet do swojej matki.

Weronika przypadkiem usłyszała rozmowę z kuchni.

— Wszystko w porządku, mamo. Weronika zajmie się organizacją.

Odwróciła głowę.

Piotr uśmiechnął się i mrugnął do niej.

Weronika nic nie powiedziała.

Do urodzin pozostawało sześć dni.

Zwykle o tej porze na lodówce wisiała już długa lista zakupów.

Tym razem drzwiczki lodówki były zupełnie puste.

W poniedziałek po pracy Weronika poszła na spacer.

We wtorek spotkała się z przyjaciółką.

W środę wstąpiła do sklepu i wróciła do domu tylko z jedną małą torbą.

Piotr natychmiast zajrzał do środka.

— A zakupy na sobotę?

— Jakie zakupy?

— Na moje urodziny.

— Nie zrobiłam.

— Ale byłaś w sklepie.

— Skończyło się mleko. I ser.

Piotr jeszcze przez chwilę stał przy torbie.

— A kiedy pojedziesz po resztę?

Weronika wzruszyła ramionami.

— Ty zdecyduj.

— Myślałem o czwartku.

— W takim razie pojedź w czwartek.

Po raz pierwszy od wielu lat kilka dni przed dużym przyjęciem ich kuchnia wyglądała całkiem zwyczajnie.

Nie było wielkich garnków.

Nie było mięsa w marynacie.

Nie było pojemników.

Nie było zgrzewek wody, soków ani innych napojów.

Wieczorem Weronika leżała na kanapie i czytała książkę.

Piotr kilka razy przeszedł obok niej.

W końcu się zatrzymał.

— Weronika.

— Tak?

— A menu?

Podniosła wzrok.

— Co z menu?

— Co będziemy przygotowywać?

— Ty będziesz przygotowywał.

— Dobrze. To co mam zrobić?

— Wszystko, co chcesz zobaczyć na świątecznym stole.

Piotr usiadł obok.

— Przecież ty wiesz lepiej.

— Właśnie dlatego doskonale wiem, ile to pracy.

— To chociaż powiedz, ile czego kupić.

— Masz trzydzieści osób. Ułóż menu. Oblicz porcje. Potem sporządź listę produktów.

— A jeśli jedzenia zabraknie?

— Dokupisz.

— Bardzo zabawne.

Weronika zamknęła książkę.

— Piotr, ja nie próbuję cię ukarać. Chcę tylko, żebyś chociaż raz zobaczył tę część świętowania, której zwykle nie dostrzegasz.

Mąż nic nie odpowiedział.

Po kilku minutach wziął telefon i otworzył notatki.

Najpierw zapisał:

„Mięso. Sałatki. Wędliny”.

Potem się zamyślił.

Dopisał warzywa.

Owoce.

Ser.

Pieczywo.

Sosy.

Wodę.

Soki.

Kawę.

Herbatę.

Deser.

Lód.

Po pół godzinie lista zajmowała już kilka ekranów.

— Oni naprawdę zjedzą aż tyle?

Weronika uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.

— Nie wiem.

— A ile ty zwykle kupowałaś?

— Nigdy sama nie przygotowywałam jedzenia dla trzydziestu osób.

Przez następną godzinę Piotr siedział z telefonem w ręku.

Zadzwonił do firmy cateringowej.

Usłyszał cenę.

Dopytał, czy na pewno chodzi o tę kwotę.

Potem skontaktował się z drugą firmą.

Później z trzecią.

Po ostatniej rozmowie długo siedział w milczeniu.

— Może nie potrzebujemy aż tylu przekąsek?

— Możliwe.

— I dwa dania na ciepło to chyba przesada.

— Być może.

Piotr spojrzał na żonę z irytacją.

— Mogłaś od razu powiedzieć.

Weronika roześmiała się krótko.

— Od początku mówiłam, że wystarczy dwanaście osób.

Tego samego wieczoru Piotr zadzwonił do matki.

Rozmowa niemal natychmiast stała się głośna.

— Jak to ograniczyć menu?! — oburzała się kobieta. — Ludzie przyjadą na pięćdziesiąte urodziny! Co im podasz?

— Mamo, jedzenia wystarczy.

— A co mówi Weronika?

Piotr spojrzał na żonę.

Weronika wyciągnęła rękę.

— Daj mi telefon.