Kiedy mój mąż wyjechał służbowo, kurier przyniósł Zofii ogromny bukiet pozbawiony bileciku i podpisu. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak romantyczna niespodzianka. Jednak po chwili kobieta zrozumiała, że tych kwiatów nie wysłano z miłości.
Bukiet pojawił się przed drzwiami krótko po południu.
Sto żółtych róż.
Pamiętam tę chwilę z niezwykłą dokładnością. Właśnie odsunęłam się od kuchennego zlewu, gdzie płukałam kubek po kawie, gdy rozległ się dzwonek. Jego dźwięk poniósł się po całym domu. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam w stronę korytarza.
Marek przebywał wtedy na tygodniowym wyjeździe służbowym.
Samo to nie było niczym niezwykłym.
Przez osiemnaście lat małżeństwa przywykłam do jego walizki stojącej obok drzwi sypialni, telefonów z lotniska wykonywanych w ostatniej chwili oraz tej dziwnej pustki, przez którą jego połowa łóżka po wyjeździe wydawała się przesadnie równo pościelona.
Jego praca często wymagała podróży. Czasem znikał na dwie noce, czasem na cały tydzień. Nie lubiłam tego, lecz rozumiałam, że takie jest nasze życie. Z czasem nauczyliśmy się funkcjonować w tym rytmie i nie pozwalać, by każda rozłąka stawała się powodem do niepokoju.
Między nami nie było przecież żadnego wyraźnego kryzysu.
Nie panowała lodowata cisza.
Nie kłóciliśmy się bez powodu.
Nie odbierał podejrzanych telefonów, które mogłyby wzbudzić moją czujność.
Nasze małżeństwo płynęło spokojnie.
Mając czterdzieści cztery lata, nie wierzyłam już, że miłość musi każdego dnia przypominać fajerwerki. Czasem miłość miała postać krótkiej wiadomości: „Wylądowałem. Wszystko w porządku”.
Czasem oznaczała kawę z mlekiem migdałowym przygotowaną przed jego wyjazdem, bo Marek wiedział, że sama znowu zapomnę je kupić. Innym razem była po prostu cichą kolacją, podczas której żadno z nas nie musiało na siłę wypełniać rozmową każdej przerwy.
Dlatego gdy otworzyłam drzwi i zobaczyłam kuriera z ogromnym bukietem, pierwszą rzeczą, jaką poczułam, było rozbawienie.
— Pani Zofia? — zapytał, wychylając się zza kwiatów.
— Tak, to ja.
— Dostawa dla pani.
Podał mi bukiet, a ja niemal roześmiałam się z zaskoczenia. Był tak ciężki, że musiałam mocniej zacisnąć palce na owiniętych papierem łodygach. Róże miały intensywną, niemal złotą barwę, która w świetle padającym na ganek wyglądała wręcz olśniewająco. Płatki były pełne, gładkie i idealnie rozwinięte. Było ich tak wiele, że przez chwilę widziałam przed sobą tylko żółtą, pachnącą chmurę.
— No proszę — powiedziałam. — Ktoś postanowił nie bawić się w półśrodki.
Kurier uśmiechnął się uprzejmie.
— Życzę miłego dnia.
Spojrzałam na bukiet, spodziewając się znaleźć bilecik ukryty między kwiatami.
Nie było tam jednak żadnej kartki.
— A wiadomość? — zapytałam, zanim zdążył odejść.
Mężczyzna sprawdził niewielką etykietę przy przesyłce.
— Nie ma bileciku. Nadawcy też nie wpisano. Jest tylko pani imię.
Tylko moje imię.
Początkowo wcale mi to nie przeszkadzało.
Marek nigdy nie był człowiekiem od długich, romantycznych wyznań. Nie pisał wierszy na kartkach i nie układał wzruszających przemówień. Kiedyś, w rocznicę ślubu, przysłał mi naszyjnik bez żadnego słowa, a później wieczorem zadzwonił i powiedział:
— Pomyślałem, że prezent sam wszystko wyjaśni.
Do dziś żartowałam z jego praktycznego podejścia do romantyzmu.
Stałam więc na progu ze stu żółtymi różami i uznałam, że mąż po prostu postanowił sprawić mi niespodziankę z daleka.
Wniosłam kwiaty do domu i ustawiłam je na stole w jadalni.
Były zachwycające.
Nie dało się temu zaprzeczyć. Wyglądały tak, jakby rozświetlały całe pomieszczenie. Ich ciepły kolor odbijał się od wypolerowanego blatu, a zwyczajny pokój nagle stał się jaśniejszy, niemal świąteczny. Obróciłam wazon i przez chwilę obserwowałam, jak płatki łapią promienie słońca.
Przez krótką chwilę byłam naprawdę szczęśliwa.
A potem coś się zmieniło.
Najpierw pojawiło się ledwie wyczuwalne ukłucie pod żebrami. Niewielkie napięcie, którego nie potrafiłam nazwać ani wyjaśnić.
Marek doskonale wiedział, że najbardziej lubię białe róże.
Nie była to błaha informacja. Powtarzałam mu to przez lata. Na naszym ślubie trzymałam w dłoniach bukiet białych róż. Kiedy umarła moja matka, właśnie takie kwiaty przyniósł mi Marek. Białe róże stały też na stole podczas kolacji z okazji naszej piętnastej rocznicy.
Żółte były piękne.
Ale nie były moje.
Skrzyżowałam ręce i długo patrzyłam na bukiet.
— Marku — mruknęłam z cieniem uśmiechu, choć pod nim czaił się niepokój. — Co ty kombinujesz?
Wtedy pomyślałam o liczbie.
Dokładnie sto.
Nie dziewięćdziesiąt dziewięć.
Nie sto jeden.
Sto.
Na etykiecie kwiaciarni widniała precyzyjna liczba.
Wzięłam ją między dwa palce i przeczytałam ponownie, jakby od długiego patrzenia zapis mógł się zmienić.
Sto żółtych róż.
Okrągła liczba powinna wydawać się romantyczna. Wielkoduszna. Starannie zaplanowana, jak niespodzianka na urodziny albo rocznicę. Tyle że moje urodziny miały nadejść dopiero za kilka miesięcy, a rocznica już minęła.
Marek, mimo wszystkich swoich zalet, nie był osobą, która nagle wysyła sto róż bez żadnego powodu.