W środku nocy odebrała telefon z ukrytego smartfona męża — następnego ranka miała podpisać dokumenty, które mogły odebrać jej mieszkanie

W pół do trzeciej w nocy Marianna obudziła się przez dziwny dźwięk.

To nie był telefon — aparat miała wyciszony i ustawiony na wibracje. Gdzieś w przedpokoju coś krótko zabrzęczało, ucichło, a po kilku sekundach odezwało się ponownie.

Andrzej spał obok, odwrócony twarzą do ściany.

Marianna przez chwilę leżała bez ruchu, wsłuchując się w ciszę.

W końcu ostrożnie wstała z łóżka.

W korytarzu panował mrok. Zapaliła małą lampkę nocną i natychmiast zauważyła, że kurtka męża, wisząca na wieszaku, delikatnie drży.

— To dziwne…

Wsunęła dłoń do kieszeni i wyjęła tani, czarny smartfon.

Andrzej nigdy nie miał takiego telefonu.

Na ekranie pojawił się nieznany numer.

Aparat znów zawibrował.

Marianna sama nie wiedziała, dlaczego nacisnęła zieloną słuchawkę.

— No nareszcie! — szepnęła kobieta po drugiej stronie. — Andrzej, gdzie jesteś? Czekam na ciebie już prawie dwie godziny.

Marianna zamarła.

Rozpoznała ten głos od razu.

Katarzyna.

Jej kuzynka.

Ta sama Katarzyna, która przyjeżdżała do nich na rodzinne uroczystości, skarżyła się Mariannie na długi, płakała w jej kuchni po rozwodzie i nazywała Andrzeja „najnormalniejszym facetem w całej rodzinie”.

— Andrzej? — odezwała się ponownie kobieta. — Słyszysz mnie?

Marianna milczała.

W słuchawce rozległ się nerwowy, poirytowany oddech.

— Jutro wszystko podpisze. Sam tak mówiłeś. Po spotkaniu w banku nie możemy już dłużej zwlekać. Albo w końcu powiesz jej prawdę, albo ja zrobię to sama.

Marianna przerwała połączenie.

Telefon natychmiast znów zaczął wibrować.

Wyłączyła go.

Przez kilka sekund stała pośrodku przedpokoju, nie czując zimnych płytek pod bosymi stopami.

„Jutro wszystko podpisze”.

Jutro.

O jedenastej Marianna miała spotkać się z mężem w banku.

Planowali zaciągnąć wysoki kredyt pod zastaw mieszkania.

Andrzej przekonywał ją do tego od niemal miesiąca.

Powtarzał, że najwyższy czas zrobić remont, spłacić resztę kredytu za samochód i wreszcie „zacząć żyć jak normalni ludzie”.

Marianna długo się wahała, ale ostatecznie się zgodziła.

Teraz jedno zdanie Katarzyny sprawiło, że wszystko nagle nabrało zupełnie innego znaczenia.

Schowała telefon za pudełkiem proszku do prania w łazience, a potem wróciła do sypialni.

Andrzej już nie spał.

Leżał na plecach i patrzył w sufit.

— Gdzie byłaś?

— Napić się wody.

— Dość długo piłaś.

— Nie mierzyłam czasu.

Odwrócił głowę i przez kilka sekund przyglądał się jej uważnie.

Marianna zamknęła oczy.

O dalszym śnie nie było już mowy.

Rano Andrzej od razu zaczął przeszukiwać kieszenie kurtki.

Potem zajrzał na półkę z butami.

Otworzył szufladę nocnego stolika.

— Nie brałaś stąd czegoś?

Marianna spokojnie zapinała zegarek na nadgarstku.

— A czego szukasz?

— Ładowarki.

— Jakiej?

— Starej… Nieważne.

Na kuchennym stole leżała niebieska teczka z dokumentami bankowymi.

— O jedenastej spotykamy się w banku — przypomniała Marianna.

— Pamiętam.

Andrzej szybko chwycił aktówkę.

Zwykle, wychodząc, przynajmniej ją całował.

Tego dnia po prostu zamknął za sobą drzwi.

Marianna poczekała, aż winda zjedzie na dół.

Dopiero wtedy wróciła do łazienki.

Telefon uruchamiał się długo.

Lista kontaktów była pusta. Większość wiadomości została usunięta.

W galerii znalazła jednak kilka zdjęć.

Pierwsze przedstawiało tabelę z wyliczeniem kredytu.

Marianna od razu rozpoznała dokument, który Andrzej pokazywał jej kilka dni wcześniej.

Tyle że fotografia obejmowała również dalszą część tabeli.

Na samym dole widniała pozycja, której nie było na wydruku.

„Przelew: działalność gospodarcza Katarzyny Nowak”.

Kwota: milion trzysta tysięcy złotych.

Palce Marianny zrobiły się lodowate.

Przesunęła zdjęcie w lewo.

Na kolejnym Katarzyna siedziała na hotelowym łóżku.

Miała na sobie niebieską koszulę Andrzeja.

Marianna znała ją doskonale.

Sama kupiła ją mężowi na rocznicę ślubu.

Trzecie zdjęcie zrobiono przed lustrem.

Andrzej stał za Katarzyną i uśmiechał się.

Dokładnie tak jak kiedyś uśmiechał się do Marianny.

Zanim ich rozmowy zaczęły dotyczyć wyłącznie rachunków, remontu i zakupów na kolację.

Fotografia była sprzed trzech tygodni.

Tego dnia Andrzej rzekomo pojechał naprawiać urządzenie w sąsiednim mieście.

Wrócił późno, zmęczony, rozdrażniony i z tanim ciastkiem kupionym na stacji benzynowej.

Marianna usiadła na brzegu wanny.

Chciała płakać.

Łzy jednak nie nadchodziły.

W środku coś w niej przeskoczyło, jakby ktoś nagle wyłączył światło.

Wybrała numer Katarzyny.

— Jesteś już w pracy?

— Tak. Dlaczego pytasz?

W tle słychać było brzęk naczyń. Katarzyna prowadziła niewielką piekarnię, która od kilku miesięcy ledwo utrzymywała się na powierzchni.

— Chcę do ciebie przyjechać.

— Dzisiaj? Nie dam rady. Mam dostawę.

— O jedenastej idę do banku.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Do jakiego banku?

— Z Andrzejem bierzemy kredyt pod mieszkanie. Przecież wiesz.

— Dlaczego miałabym o tym wiedzieć?

— Nie wiem. Może dlatego, że milion trzysta tysięcy z tego kredytu ma trafić do twojej piekarni?

Katarzyna nie odpowiedziała.

— Będę u ciebie za czterdzieści minut.

— Marianna…