— Pani Marto, dzień dobry. Dzwonię z ośrodka „Sosnowy Zakątek” w sprawie soboty. W zgłoszeniu widnieje już trzydziestu gości. Czy mamy przygotować więcej naczyń i dostawić dwa dodatkowe stoły?
Marta przez kilka sekund milczała.
Siedziała właśnie w pracy, dopijała zimną kawę i przeglądała ostatnie dokumenty przed końcem dnia. Kiedy usłyszała podaną liczbę, odsunęła telefon od ucha i spojrzała na ekran, jakby chciała się upewnić, że rozmowa rzeczywiście jest skierowana do niej.
— Przepraszam… ilu gości?
— Trzydziestu. Wczoraj pan Piotr potwierdził ostateczną liczbę.
— Piotr?
— Tak. Powiedział, że lista trochę się powiększyła.
Marta powoli oparła się o fotel.
„Trochę”.
Jeszcze tydzień wcześniej mówili o dwunastu osobach. Miała przyjechać ona, Piotr, jego mama, siostra z mężem, dorosły syn Piotra z pierwszego małżeństwa, dwóch najbliższych przyjaciół i kilku krewnych.
Taki plan ustalili wspólnie.
Piotr kończył pięćdziesiąt lat i sam wtedy powiedział:
— Nie chcę żadnej restauracji na sto osób. Zróbmy coś spokojnego, rodzinnego. Wynajmiemy domek gdzieś pod Krakowem, posiedzimy normalnie, bez wielkiej pompy.
Marcie ten pomysł się spodobał.
Zgodziła się przygotować w domu kilka sałatek i przekąsek, a dania na ciepło zamierzali zamówić już na miejscu. Część produktów mieli przywieźć ze sobą.
Dwanaście osób — to było do zorganizowania.
Ale trzydzieści?
To nie miał być już kameralny rodzinny wieczór.
To zaczynało przypominać małe wesele.
— Proszę na razie niczego dodatkowo nie potwierdzać — powiedziała do administratorki. — Wieczorem oddzwonię.
Piotr wrócił do domu około siódmej.
Marta nie zaczęła rozmowy od progu. Pozwoliła mu się przebrać, podgrzała kolację, usiadła naprzeciwko i dopiero wtedy położyła telefon na stole.
— Wytłumaczysz mi?
Piotr zerknął na ekran.
— A, chodzi ci o gości?
— Właśnie o nich.
— Miałem ci powiedzieć.
— Kiedy? W sobotę, kiedy zaczną podjeżdżać pod bramę?
Piotr uśmiechnął się, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło.
— Marto, po co od razu takie nerwy? Doszło tylko kilka osób.
— Z dwunastu zrobiło się trzydzieści. To według ciebie nadal „kilka”?
— No… zaprosiłem parę osób z pracy. Pięciu kolegów. Mama przypomniała o cioci Grażynie i jej mężu. Do tego kuzyn z żoną. Potem spotkałem Marka, którego nie widziałem od lat. Głupio było go nie zaprosić. A skoro zaprosiłem Marka, to dziwnie byłoby nie zaprosić też Tomka i Pawła.
Marta słuchała, zginając po kolei palce.
— Kto jeszcze?
— Sąsiedzi z działki.
— Piotr…
— Przecież to porządni ludzie.
— Może zaprosimy jeszcze twojego dentystę? Chodzisz do niego od dziesięciu lat.
— Nie przesadzaj.
— Wcale nie przesadzam. Próbuję tylko zrozumieć, dlaczego administratorka o trzydziestu gościach dowiedziała się wcześniej niż twoja żona.
Piotr wyraźnie się zirytował.
— To moje urodziny.
— Pamiętam.
— Pięćdziesiątkę ma się tylko raz.
— I co z tego?
— Chcę mieć obok siebie ludzi, których lubię.
Marta spojrzała na męża i nagle zrozumiała, że nie będzie się z nim kłócić o liczbę zaproszonych osób.
Chce trzydziestu — niech będzie trzydziestu.
Chce czterdziestu — proszę bardzo.
Problem wcale nie tkwił w liczbie gości.
Chodziło o to, że po tylu latach małżeństwa słowo „uroczystość” oznaczało dla nich coś zupełnie innego.
Dla Piotra świętowanie zaczynało się w chwili, gdy przychodzili goście.
Dla Marty — co najmniej dwa dni wcześniej.
W poprzednim roku na urodziny Piotra przyszło piętnaście osób.
W piątek po pracy Marta spędziła prawie dwie godziny w supermarkecie. Pchała wózek między regałami, wybierała dobre mięso, świeże warzywa, zioła, sery, owoce i napoje.
Później wnosiła do domu ciężkie torby.
Do jedenastej wieczorem gotowała warzywa, marynowała mięso i przygotowywała wszystko na następny dzień.
Rano wstała wcześniej niż mąż.
Piotr spokojnie wziął prysznic, długo wybierał koszulę i odpisywał na życzenia w telefonie.
W tym samym czasie Marta kroiła sałatki, przekładała jedzenie do pojemników i po raz setny sprawdzała, czy niczego nie zapomniała.
Podczas przyjęcia Piotr witał swoich znajomych.
Marta nosiła talerze.
Piotr wygłaszał toasty.
Marta szukała dodatkowych widelców.
Piotr pozował do zdjęć.
Marta biegła do kuchni, bo skończył się chleb.
Pod koniec wieczoru mąż z zadowoleniem stwierdził:
— Ale fajnie posiedzieliśmy.
Marta właśnie wtedy upychała śmieci do wielkiego worka i marzyła tylko o tym, żeby wreszcie usiąść.
Kiedyś poprosiła:
— Piotr, pomóż mi chociaż zebrać talerze.
Naprawdę się zdziwił.
— Marto, przecież jestem solenizantem. Mam teraz cały wieczór chodzić z brudnymi naczyniami?
Nie odpowiedziała mu wtedy ani słowem.
Innym razem poprosiła, żeby odebrał dostawcę.
— Sama wyjdź — rzucił. — Ty przecież najlepiej wiesz, co zamawiałaś.
I znowu poszła sama.
Takie drobiazgi odkładały się w niej przez lata.
Piotr naprawdę nie widział, ile wysiłku kryje się za prostym zdaniem: „Nakryliśmy do stołu”.
Dlatego tym razem Marta nie wracała do dawnych sytuacji.
Zadała tylko jedno pytanie:
— Dobrze. Kto przygotuje jedzenie dla trzydziestu osób?
