„Skoro zaprosiłeś trzydzieści osób, sam je obsłużysz” — żona pięćdziesięciolatka po raz pierwszy odmówiła przygotowania jego wielkiego święta

Piotr spojrzał na nią z niezrozumieniem.

— Co masz na myśli?

— Dokładnie to, co powiedziałam.

— No jak zwykle. Część zrobimy w domu.

— Kto zrobi?

Piotr patrzył na nią tak, jakby odpowiedź była oczywista.

— Ty.

Marta skinęła głową.

— A reszta?

— Dokończysz na miejscu. Przecież w ośrodku jest kuchnia.

Wtedy zrozumiała już wszystko.

Gości zaprosił Piotr.

Ale obsłużyć ich miała Marta.

— Dobrze — powiedziała spokojnie.

Piotr od razu się uśmiechnął.

— No widzisz, doszliśmy do porozumienia.

— Tak. Trzydziestu gości na pięćdziesiąte urodziny? Świetnie. Tylko gotować, nakrywać do stołu i później sprzątać będziecie sami.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

— Kto: „wy”?

— Ty i ci, których poprosisz o pomoc.

— Marta, przestań.

— Mówię całkiem poważnie.

— Chcesz, żebym na własnym jubileuszu stał przy kuchence?

— Możesz wynająć kucharza.

— Po co płacić kucharzowi, skoro ty świetnie gotujesz?

Marta przez chwilę milczała.

Właśnie te słowa zabolały ją najbardziej.

Nie: „Zróbmy to razem”.

Nie: „Pomogę ci”.

Tylko: „Po co płacić, skoro jesteś ty”.

— Bo jestem twoją żoną, Piotrze. Nie darmową obsługą kelnerską.

Skrzywił się z irytacją.

— Oj, tylko nie zaczynaj.

— Właśnie nie zaczynam. Tym razem niczego nie będę robić.

— Przejdzie ci.

— Zobaczymy.

Piotr najwyraźniej był przekonany, że do soboty Marta zmieni zdanie.

Zawsze przecież tak było.

Mówiła, że nie będzie gotować, a mimo to gotowała.

Narzekała na zmęczenie, ale wstawała i nakrywała do stołu.

Prosiła o pomoc, lecz ostatecznie i tak wszystko robiła sama.

Następnego dnia Piotr zadzwonił nawet do swojej matki.

Marta przypadkiem usłyszała rozmowę z kuchni.

— Wszystko w porządku, mamo. Marta wszystko zorganizuje.

Odwróciła głowę.

Piotr uśmiechnął się i mrugnął do niej.

Marta nic nie powiedziała.

Do jubileuszu zostało sześć dni.

Zwykle o tej porze na lodówce wisiała już długa lista zakupów.

Tym razem drzwi lodówki były zupełnie puste.

W poniedziałek po pracy Marta poszła na spacer.

We wtorek spotkała się z przyjaciółką.

W środę wstąpiła do sklepu i wróciła do domu tylko z jedną niewielką torbą.

Piotr natychmiast zajrzał do środka.

— A produkty na sobotę?

— Jakie produkty?

— Na moje urodziny.

— Nie kupowałam.

— Ale przecież byłaś w sklepie.

— Skończyło się mleko. I ser.

Piotr jeszcze przez chwilę stał przy torbie.

— A kiedy zrobimy większe zakupy?

Marta wzruszyła ramionami.

— Ty będziesz wiedział.

— Myślałem o czwartku.

— To pojedź w czwartek.

Po raz pierwszy od wielu lat ich kuchnia na kilka dni przed dużym przyjęciem wyglądała zupełnie zwyczajnie.

Nie było wielkich garnków.

Nie było mięsa w marynacie.

Nie było pojemników.

Nie było zgrzewek wody, soków ani innych napojów.

Wieczorem Marta leżała na kanapie i czytała książkę.

Piotr kilka razy przeszedł obok niej.

W końcu się zatrzymał.

— Marto.

— Hm?

— A menu?

Podniosła wzrok.

— Co z menu?

— Co będziemy podawać?

— Ty będziesz podawał.

— Dobrze. To co mam przygotować?

— Wszystko, co chcesz zobaczyć na świątecznym stole.

Piotr usiadł obok.

— Ale ty przecież lepiej się na tym znasz.

— Właśnie dlatego doskonale wiem, ile to pracy.

— To chociaż powiedz, ile czego kupić.

— Trzydzieści osób. Najpierw układasz menu, potem obliczasz porcje, a na końcu robisz listę zakupów.

— A jeśli jedzenia zabraknie?

— Dokupisz.

— Bardzo zabawne.

Marta zamknęła książkę.

— Piotr, nie próbuję cię ukarać. Chcę tylko, żebyś choć raz zobaczył tę część świętowania, której zwykle nie zauważasz.

Mąż nic nie odpowiedział.

Po kilku minutach wyciągnął telefon i otworzył notatki.

Najpierw wpisał:

„Mięso. Sałatki. Wędliny”.

Później przez chwilę się zastanawiał.

Dodał warzywa.

Owoce.

Sery.

Pieczywo.

Sosy.

Wodę.

Soki.

Kawę.

Herbatę.

Deser.

Lód.

Po pół godzinie lista zajmowała już kilka ekranów.

— Oni naprawdę tyle zjedzą?

Marta uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.

— Nie wiem.

— A ile ty zwykle kupowałaś?

— Nigdy sama nie gotowałam dla trzydziestu osób.

Przez następną godzinę Piotr siedział z telefonem w ręku.

Zadzwonił do firmy cateringowej.

Usłyszał cenę.

Poprosił, żeby ją powtórzono.

Potem zadzwonił do drugiej firmy.

Później do trzeciej.

Po ostatniej rozmowie długo siedział bez słowa.

— Może nie potrzeba aż tylu przekąsek?

— Być może.

— I dwa dania na ciepło to chyba przesada.

— Chyba tak.

Piotr spojrzał na żonę z pretensją.

— Mogłaś od razu powiedzieć.

Marta roześmiała się krótko.

— Od początku proponowałam dwunastu gości.

Tego samego wieczoru Piotr zadzwonił do matki.

Rozmowa bardzo szybko zrobiła się głośna.

— Jak to ograniczyć menu?! — oburzała się kobieta. — Ludzie przyjadą na pięćdziesiąte urodziny! Co im postawisz na stole?

— Mamo, jedzenia wystarczy.

— A co mówi Marta?

Piotr spojrzał na żonę.

Marta wyciągnęła rękę.

— Daj mi telefon.

— Marto — zaczęła teściowa — co wy tam wymyśliliście? Ludzie będą jechać z daleka. Trzeba porządnie przygotować stół.

— Całkowicie się z panią zgadzam.

— Widzisz?

— W takim razie proszę przyjechać w piątek wcześniej i pomóc Piotrowi gotować.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Ja?

— Pani.

— Marto, bolą mnie plecy.