„Wracaj z urlopu. Mamie jest źle” — napisał, choć wiedział, że jego matka właśnie robiła przetwory z sąsiadkami. Dopiero wtedy zrozumiała, że przez pięć lat była dla niego tylko przyciskiem, który wystarczy nacisnąć

Telefon zawibrował dokładnie w chwili, gdy Joanna stała po kostki w Dunajcu i z całych sił próbowała nie krzyknąć z powodu lodowatej wody. Nawet pod koniec sierpnia górska rzeka była tak zimna, że po niespełna minucie palce zaczynały drętwieć. Wyszła na rozgrzany słońcem kamień, otarła mokre dłonie o szorty i spojrzała na ekran.

„Wracaj z urlopu. Mamie jest źle”.

Marek. Bez „cześć”, bez pytania, bez zwyczajnego „jak się bawisz”.

Joanna przeczytała wiadomość dwa razy. Potem jeszcze raz, wolniej, jakby przy kolejnym odczytaniu słowa mogły ułożyć się w coś zupełnie innego.

Nie ułożyły się.

Do tego wyjazdu przygotowywała się niemal pół roku. Kiedy w marcu w pracy zaczęto mówić o rocznej premii, Joanna po raz pierwszy od dawna przyznała przed sobą szczerze, że tych pieniędzy nie przeznaczy ani na remont kuchni, ani na nową pralkę, ani na prezent dla teściowej z okazji urodzin.

Tym razem wyda je na siebie.

Na pięć dni w Szczawnicy.

Na niewielki pensjonat z drewnianym balkonem i widokiem na góry.

Premię wypłacono w lipcu. Jeszcze tego samego wieczoru Joanna zarezerwowała pokój i kupiła bilety na nocny pociąg z Lublina do Nowego Sącza oraz z powrotem — od razu, na konkretne dni.

Marek dowiedział się o wyjeździe mniej więcej tydzień przed jej odjazdem.

Joanna spokojnie wyjaśniła mu, że jest zmęczona, że potrzebuje odpoczynku i że przynajmniej kilka dni chce spędzić sama.

Nie doszło do awantury.

Marek przez dłuższą chwilę milczał, wpatrując się w talerz, a potem powiedział:

— Pięć dni to przesada. Mogłaś pojechać chociaż na weekend.

— Mogłam — odparła spokojnie Joanna. — Ale nie chcę.

Więcej do tego nie wracali.

Walizkę spakowała sama, bez jego zwykłych uwag i listy rzeczy, które „na pewno mogą się przydać”.

Po raz pierwszy od pięciu lat małżeństwa nie wkładała do środka rzeczy, które „mogą być potrzebne wszystkim”, tylko to, czego potrzebowała ona: gruby wełniany sweter, buty trekkingowe, kostium kąpielowy — na wypadek, gdyby w pensjonacie rzeczywiście znajdowała się obiecana balia — oraz książkę, którą zaczynała już trzy razy i za każdym razem odkładała na później.

Pierwszy dzień był tak spokojny, że Joanna czuła się niemal nieswojo.

Właścicielka pensjonatu, pani Jadwiga, drobna starsza kobieta o głosie surowej nauczycielki, rano postawiła przed nią wielką miskę kwaśnicy z ziemniakami i kawałkami wędzonego mięsa.

— Proszę jeść, proszę pani. W góry nie chodzi się z pustym żołądkiem.

Joanna zjadła wszystko do ostatniej łyżki.

Potem poszła nad Wodospad Zaskalnik, długo stała na drewnianej kładce pośród drobnych kropel, a na targu kupiła wełniane skarpety, choć w domu miała już trzy niemal identyczne pary.

Wieczorem usiadła na drewnianym balkonie, owinęła się kocem i wreszcie doczytała książkę do ostatniej strony.

Zadzwoniła do przyjaciółki Katarzyny — po prostu chciała opowiedzieć jej, jak minął dzień.

— Jesteś jakaś inna — zauważyła Katarzyna. — Masz taki spokojny głos. Dawno nie słyszałam cię takiej.

— Może tutejsze powietrze działa cuda — zaśmiała się Joanna.

Następnego dnia przyszła wiadomość od Marka.

Siedziała na dużym głazie przy rzece i myślała o Helenie.

Teściowa miała sześćdziesiąt osiem lat. Śpiewała w chórze ludowym przy miejskim domu kultury, dwa razy w tygodniu spacerowała z kijkami po bulwarach nad Bystrzycą, a na każde urodziny zapraszała tylu gości, że krzesła trzeba było pożyczać od sąsiadów.

Jeszcze tydzień wcześniej Helena dzwoniła do Joanny i pytała, ile cukru dodać do dżemu agrestowego.

Jej głos był energiczny i pełen życia.

Nigdy szczególnie nie narzekała na ciśnienie, z sercem również nie miała poważniejszych problemów.

Przeciwnie — niedawno opowiadała z dumą:

— Kardiolog obejrzał moje wyniki i powiedział: „Sam chciałbym mieć takie parametry!”.

Pięć lat wcześniej Joanna byłaby już na dworcu.

Dawniej każda wiadomość w rodzaju „mamie jest źle” działała na nią natychmiast.

Porzucała swoje zajęcia, zmieniała plany i wracała do domu.

Później okazywało się, że Helenie po prostu się nudziło albo Marek nie chciał sam zajmować się jakąś sprawą.

Joanna jednak nigdy niczego nie sprawdzała.

Wierzyła.

I od razu biegła.

Tym razem odłożyła telefon ekranem do dołu i spojrzała na rzekę.

Po chwili prawie niezauważalnie skinęła głową.

Nie Markowi.

Sobie.

Najpierw musi dowiedzieć się, co naprawdę się wydarzyło.

Dopiero potem podejmie decyzję.

Wieczorem zadzwoniła do Katarzyny.

— Słuchaj, mieszkasz przecież niedaleko Heleny. Mogłabyś do niej zajrzeć? Marek pisze, że źle się czuje. Zanim wszystko rzucę, zmienię bilet i wrócę, chcę wiedzieć, czy sprawa jest naprawdę poważna.

— Oczywiście — zgodziła się od razu Katarzyna. — Jutro rano do niej pójdę. Coś wymyślę.

Katarzyna oddzwoniła następnego dnia krótko po południu.

— Byłam u niej jakieś czterdzieści minut temu. Zaniosłam słoik miodu i powiedziałam, że tata ma w tym roku wyjątkowo dobry zbiór. Joanno, tam się dzieją rzeczy! W kuchni siedziały pani Zofia i Barbara z chóru. Na stole leżała góra pomidorów i papryki, robiły ajwar. Helena stała w fartuchu i wydawała wszystkim polecenia, ile czosnku mają dodać. Poczęstowały mnie jeszcze herbatą. Chorej osoby nie zauważyłam. No, chyba że papryka wyglądała na wykończoną.