Stanisław Wysocki rąbał drewno od samego rana, zanim słońce zdążyło wspiąć się nad starą gruszę. W lipcu po dziesiątej podwórze zamieniało się w rozgrzaną patelnię, więc chciał zdążyć ze wszystkim wcześniej: porąbać szczapy do grilla, przynieść wodę, zamieść ławkę pod orzechem, przykryć stół ceratą w maki i znieść do piwnicy dwie trzylitrowe butelki kompotu, żeby zdążyły się dobrze schłodzić przed przyjazdem gości.
— Znowu czekasz? — sąsiad Władysław oparł łokcie na płocie.
— Czekam.
— Tym razem ilu ich będzie?
— Siedmioro, razem z dziećmi.
Władysław poruszył ustami, jakby miał powiedzieć coś dłuższego, ale ostatecznie rzucił tylko:
— To ty im i drewno przygotowujesz, i saunę rozpalasz, i mięso z własnej lodówki wyciągasz.
— Władziu — Stanisław odstawił siekierę na pień. — Przez cały rok miałem w domu taką ciszę, że zacząłem mówić sam do siebie. Niech chociaż raz będzie głośno.
Żonę, Zofię, pochował jesienią dwa lata wcześniej. Po jej odejściu dom nagle zrobił się za duży. Stanisław nadal budził się z przyzwyczajenia o piątej rano, ale już o siódmej nie miał pojęcia, co zrobić z resztą dnia.
Samochody wjechały na podwórze jeden za drugim, wzbijając tuman kurzu aż pod czereśnię.
— No proszę, ilu was przyjechało! — Stanisław rozłożył szeroko ręce, jakby chciał objąć naraz oba auta i wszystkich wysiadających.
— Postanowiliśmy spędzić u ciebie weekend, tato — jego syn Paweł wyciągał z samochodu torby. — Sam mówiłeś, że dom stoi pusty i nie ma kto go ogrzać.
Za nim wysiadła synowa Karolina. Poprawiła okulary przeciwsłoneczne i zamiast spojrzeć na teścia, od razu zerknęła w górę, na drzewa.
— Dzień dobry, panie Stanisławie. Ależ ma pan gruszek! Jabłka też będą niedługo. Ileż z tego można zrobić na zimę.
— Będą, Karolciu. Wiśnie też w tym roku obrodziły. Dżemu już nagotowałem, później sobie zabierzecie.
Uśmiechnęła się szybko i z wyraźnym zadowoleniem. Tak uśmiechają się ludzie, którzy właśnie zrozumieli, że ktoś wykonał za nich sporą część pracy.
— A kogo to ja widzę? — dziadek zmrużył oczy, przyglądając się dzieciom.
— Dziadku, naprawdę mnie nie poznajesz? — oburzyła się pięcioletnia Zosia. — Jestem twoją wnuczką!
— Moja wnuczka była malutka i nie umiała powiedzieć „r”.
— Ale ja już urosłam! Posłuchaj: rrrrrr!
Zaczęła warczeć tak zawzięcie, że aż zacisnęła powieki.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Stanisław również.
A gdzieś głęboko w jego wnętrzu od razu zrobiło się lżej.
— No dobrze, teraz już widzę, że to moja Zosia. A ci poważni młodzieńcy kim są?
— To Franek, mój brat. A ten drugi to Maksym, syn naszej sąsiadki. Przyjaźnimy się, więc też z nami przyjechał. Ma dwanaście lat.
Maksym był szczupłym chłopcem o potarganych włosach i podrapanym kolanie. Wyciągnął rękę tak poważnie, jak robią to dorośli, z dłonią skierowaną do góry.
— Dzień dobry. Ma pan bardzo ładne podwórko.
Stanisław uścisnął jego wąską dłoń.
Z jakiegoś powodu właśnie tę chwilę zapamiętał później najlepiej.
Tak zaczęło się ich nowe przyzwyczajenie.
W każdą sobotę podwórze napełniało się głosami, w grillu trzaskały szczapy, z łaźni buchała gęsta para, a dzieci huśtały się na huśtawce, którą przed laty zespawał zięć sąsiadów.
Stanisław kochał te dni w najdrobniejszych szczegółach.
Przygotowania zaczynał już w czwartek. Kupował mięso w wiejskim sklepie, piekł sernik, przebierał ziemniaki i po kilka razy przecierał ławkę.
Wydawało mu się, że jeśli wszystko będzie czyste i gotowe, oni na pewno przyjadą.
Nikt nigdy nie pytał, czy jest mu ciężko.
Nikt nie brał do ręki motyki ani wiadra.
Zjawiali się zazwyczaj z pustymi rękami, a odjeżdżali z pełnymi.
Słoiki dżemu.
Cukinie.
Ziemniaki.
Miód od pszczelarza z drugiego końca wsi.
Tylko Maksym bez pytania przenosił talerze z werandy i zadawał dziwne pytania.
— Dziadku Staszku, dlaczego ustawia pan polano pionowo? Nie lepiej położyć je na ziemi?
— Pionowe łatwiej rozłupać. Chodź tutaj.
Stanisław poprawił dłonie chłopca na trzonku siekiery: jedną przesunął niżej, drugą ułożył bliżej metalowego obucha.
— Nie uderzaj z całej siły ramieniem. Po prostu puść siekierę. Ona sama jest ciężka.
Maksym zamachnął się.
Polano pękło z suchym trzaskiem i rozpadło się na dwie części.
Chłopiec patrzył na nie tak, jakby właśnie zobaczył prawdziwy cud.
— Mogę jeszcze raz?
— W następną sobotę — roześmiał się dziadek. — A teraz idź coś zjeść, bo twoja mama pewnie już cię szuka.
Wieczorami, kiedy wszyscy odjeżdżali, Stanisław zmywał naczynia i cicho podśpiewywał pod nosem.
Na komodzie, pod szkłem, leżał rysunek Zosi: dom, dziadek z laską — choć żadnej laski nie posiadał, dziewczynka uważała po prostu, że każdy dziadek powinien ją mieć — oraz ogromne słońce zajmujące niemal połowę kartki.
Minęły cztery lata.
Tamtego wrześniowego dnia Stanisław po raz pierwszy nie wyszedł przed dom, żeby przywitać samochód.
Paweł znalazł ojca w pokoju.
Stary mężczyzna leżał ubrany, w koszuli, jakby zamierzał za chwilę wstać, lecz nie miał już na to siły.
— Synku… wybaczcie… Dzisiaj jakoś zupełnie opadłem z sił.
— Wzywałeś lekarza?