— Był lekarz rodzinny. Powiedział, że muszę uważać na serce. Wypisał tabletki, kupiłem je w aptece w gminie.
Paweł stał przy łóżku, ściskając w dłoni kluczyki do samochodu.
Z podwórza dobiegał śmiech Karoliny, a przy grillu krzątał się Radosław.
— No dobrze. Odpoczywaj. Przyjedziemy innym razem. Po co ci teraz hałas.
— Innym razem — powtórzył ojciec, wpatrując się w sufit.
Pakowali się szybko.
Prawie wesoło.
Jakby nagle zdjęto z ich ramion nieprzyjemny obowiązek.
Maksym, już wysoki i z głosem, który zaczynał się zmieniać, zatrzymał się przy drzwiach.
— Może trzeba mu coś kupić? — zapytał Pawła. — Chleb, lekarstwa? I tak jedziemy przez miasteczko.
— Przecież lekarz powiedział, że potrzebuje spokoju — odburknął Paweł.
Maksym mimo wszystko wszedł do pokoju.
— Dziadku Staszku, przywieźć panu coś? Chleb? Skoro i tak będziemy przejeżdżać przez centrum.
— Nie trzeba, Maksymku. Niczego nie potrzebuję.
Stanisław nadal patrzył w sufit.
Nie odwrócił głowy, bo gdyby spojrzał na chłopca, prawdopodobnie nie zdołałby powstrzymać łez.
Obce dziecko stało przy jego łóżku i pytało, czy ma mu przywieźć chleb.
A rodzony syn czekał na podwórzu, aż będzie można wreszcie odjechać.
Maksym zauważył na parapecie małą paczuszkę z nasionami nagietka. Na odwrocie kartki zapisał swój numer telefonu i wsunął ją pod solniczkę.
— Będzie tutaj. Proszę dzwonić, kiedy pan chce. Zawsze odbiorę.
Miesiąc później chłopak wyjechał na studia do Warszawy.
Paweł pojawił się jeszcze dwa razy.
Przywiózł leki.
Posiedział niecałą godzinę.
Kilka razy spojrzał na zegarek.
A potem przestał przyjeżdżać.
Zima była wówczas szara i prawie bez śniegu, za to na schodach nieustannie tworzyła się śliska skorupa lodu.
Stanisław poruszał się po domu, podpierając się framugami, a długie godziny spędzał przy oknie, patrząc na ogród.
Ogród zaczął umierać jako pierwszy.
Trawa sięgała niemal pasa.
Gruszki spadały prosto w chwasty i gniły tam, przyciągając osy.
Na czereśni, którą Zofia posadziła w roku narodzin Pawła, uschła całkowicie jedna z dużych gałęzi.
Stanisław wciąż zamierzał ją odpiłować.
Nie miał już jednak siły wejść na drabinę.
W piwnicy stały słoiki.
Ustawione w równych rzędach.
Na każdym wieczku widniał zapisany ołówkiem jego charakterystyczny napis:
„Wiśnie — dla Pawła”.
„Śliwki — dla dzieci”.
„Ogórki — dla Karoliny, bez czosnku, bo nie lubi”.
Każdej jesieni, dopóki starczało mu sił, robił przetwory z przyzwyczajenia.
Ręce pracowały same.
Tylko po słoiki nikt nie przyjeżdżał.
— Paweł — powiedziała któregoś dnia Karolina — naprawdę powinieneś pojechać do ojca.
— Po co?
— Nie wiem… Może coś mu się stało. Dom tylko stoi pusty. W tamtej okolicy nieruchomości całkiem dobrze się teraz sprzedają, sprawdzałam.
— Poprosiłem sąsiada, żeby dał znać, gdyby coś się wydarzyło.
Sąsiad nie dzwonił.
Stanisław żył.
Żył cicho, niemal niezauważalnie.
Jak dom, w którym przez lata nikt nie wymienił przepalonej żarówki.
Rano stawiał wodę na herbatę.
W południe siadał na ganku.
Wieczorem przykrywał rysunek Zosi serwetką, żeby słońce nie wypaliło kolorów.
Papier i tak z czasem pożółkł.
— No cóż — mówił czasami do sufitu — chyba i na mnie niedługo przyjdzie kolej.
Obudził go hałas na podwórzu.
Ktoś próbował otworzyć furtkę, która od prawie roku nie działała jak należy. Trzeba było ją unieść i dopiero wtedy pociągnąć do siebie.
Po chwili rozległy się kroki.
A następnie niski, nieznajomy głos:
— Dziadku Staszku! Żyjesz?
Stanisław gwałtownie usiadł na łóżku.
Serce uderzyło mu tak mocno, że poczuł pulsowanie w uszach.
— Kto pyta?
W drzwiach stał wysoki chłopak w sportowych butach, obracając na palcu kluczyki do samochodu.
Włosy sterczały mu na wszystkie strony.
Stanisław długo mu się przyglądał.
W końcu wypowiedział jedyne słowo, na jakie było go stać:
— Wyrosłeś.
— Wyrosłem — uśmiechnął się Maksym. — Dzwoniłem do pana. Telefon milczy.
— Pewnie leży gdzieś w szufladzie. Do kogo miałbym dzwonić?
Maksym wyszedł na zewnątrz.
Obejrzał trawę sięgającą pasa.
Krzywą furtkę.
Dach, z którego zsunęło się kilka płyt eternitu.
— Rozumiem — powiedział. — Gdzie jest siekiera?
Od tamtej pory przyjeżdżał w każdą sobotę.
Nie pytał o pozwolenie.
Nie pytał, czy coś trzeba zrobić.
Pierwszego dnia skosił trawę i odpiłował suchą gałąź czereśni — tę samą, do której dziadek od dawna nie potrafił dosięgnąć.
Następnym razem zamontował furtkę na nowych zawiasach.
W trzecim tygodniu przywiózł płyty na dach i wszedł, żeby go naprawić.
Stanisław stał na dole i wołał:
— Nie podchodź do samej krawędzi! Ta deska jest spróchniała!
A Maksym odpowiadał z góry:
— Wiem! Już sprawdziłem!
Nauczył się również rozpalać saunę.
Po dziadkowemu.
Tak, żeby na najwyższej ławie nie dało się wytrzymać dłużej niż minutę.
— Ugotujesz mnie żywcem — sapał Stanisław.
— Sam pan mówił, że jeśli nie parzy, to nie jest prawdziwa sauna.
— Mówiłem. Ale wtedy nie miałem siedemdziesięciu pięciu lat.
Stanisław powoli odzyskiwał siły.
Najpierw wychodził tylko na ganek.
Później zaczął dochodzić do studni.
