Podczas nieobecności męża Anna otrzymała ogromny bukiet, do którego nie dołączono ani bileciku, ani nazwiska nadawcy. Z początku wyglądało to na romantyczną niespodziankę. Dopiero po chwili, gdy przyjrzała się kwiatom uważniej, zrozumiała, że tych róż nikt nie przysłał z miłości.
Kurier zjawił się chwilę po południu.
Sto żółtych róż.
Pamiętam tę chwilę z niezwykłą dokładnością. Właśnie odsunęłam się od kuchennego zlewu, gdzie płukałam kubek po kawie, gdy rozległ się dzwonek. Jego echo poniosło się po całym domu, a ja zmarszczyłam brwi i spojrzałam w stronę korytarza.
Michał był wtedy w tygodniowej delegacji.
Sama sytuacja nie wydawała się niczym nadzwyczajnym.
Przez osiemnaście lat małżeństwa przywykłam do jego walizki stojącej przy drzwiach sypialni, do telefonów z lotniska wykonywanych w ostatniej chwili i do tego, że pusta połowa łóżka wyglądała zbyt schludnie, kiedy wyjeżdżał.
Jego praca często wymagała podróży. Czasami nie było go dwie noce, czasami cały tydzień. Nie lubiłam tego, ale rozumiałam, że tak wygląda nasze życie. Z czasem nauczyliśmy się funkcjonować w tym rytmie i nie robić z każdej rozłąki dramatu.
Między nami nie działo się nic złego.
Nie było chłodu.
Nie wszczynaliśmy dziwnych kłótni.
Nie odbierałam telefonów, po których musiałabym zacząć coś podejrzewać.
Nasze małżeństwo płynęło spokojnie.
W wieku czterdziestu czterech lat nie wierzyłam już, że miłość musi codziennie przypominać fajerwerki. Czasem miłość była po prostu krótką wiadomością: „Wylądowałem. Wszystko w porządku”.
Czasem oznaczała to, że Michał przed wyjazdem kupował moje migdałowe mleko do kawy, bo wiedział, że sama znowu zapomnę. A czasem była cichą kolacją, podczas której żadne z nas nie czuło potrzeby wypełniania każdej przerwy rozmową.
Dlatego kiedy otworzyłam drzwi i zobaczyłam kuriera z ogromnym bukietem w ramionach, pierwsze, co poczułam, to rozbawienie.
— Pani Anna? — zapytał, wychylając głowę zza kwiatów.
— Tak, to ja.
— Dostawa dla pani.
Podał mi bukiet, a ja niemal roześmiałam się ze zdumienia, bo okazał się zaskakująco ciężki. Róże były jasne, pod światłem padającym na ganek wyglądały niemal jak złote. Ich płatki były pełne, doskonale rozwinięte. Było ich tak dużo, że przez kilka sekund widziałam przed sobą wyłącznie żółtą falę.
— No proszę — powiedziałam, mocniej chwytając papier owinięty wokół łodyg. — Ktoś najwyraźniej uznał, że drobne gesty nie wystarczą.
Kurier uśmiechnął się uprzejmie.
— Życzę miłego dnia.
Spojrzałam na bukiet, spodziewając się znaleźć kartkę ukrytą między kwiatami.
Nie było żadnej.
— Nie ma bileciku? — zapytałam, zanim zdążył odejść.
Sprawdził małą etykietę przy przesyłce.
— Nie. Nie ma też podpisu. Tylko pani imię.
Tylko moje imię.
Na początku wcale mnie to nie zaniepokoiło.
Michał nigdy nie przepadał za długimi romantycznymi wiadomościami. Nie był człowiekiem, który pisze wiersze na kartkach. W rocznicę ślubu podarował mi kiedyś naszyjnik bez żadnego słowa, a potem wieczorem zadzwonił i powiedział: „Pomyślałem, że prezent wyjaśni wszystko”.
Tamtego dnia żartowałam sobie z jego praktycznego podejścia.
Teraz, stojąc na progu ze stu żółtymi różami, uznałam po prostu, że chciał zrobić mi niespodziankę z daleka.
Wniosłam bukiet do domu i postawiłam go na stole w jadalni.
Kwiaty były naprawdę piękne.
Nie dało się temu zaprzeczyć. Wyglądały, jakby rozświetlały całe pomieszczenie, oblewały wypolerowany blat ciepłym kolorem i nagle nadawały domowi świąteczny charakter. Przekręciłam wazon, obserwując, jak płatki odbijają promienie popołudniowego słońca.
Przez krótką chwilę poczułam prawdziwą radość.
A potem coś się zmieniło.
Najpierw był to ledwie zauważalny niepokój. Delikatne ukłucie pod żebrami, ciche poruszenie myśli, którego nie potrafiłam sobie wytłumaczyć.
Michał przecież wiedział, że uwielbiam białe róże.
To nie była błaha rzecz. Mówiłam mu o tym przez wszystkie lata naszego małżeństwa. Na ślubie trzymałam w dłoniach bukiet białych róż. Kiedy umarła moja matka, kupił mi właśnie białe róże. Takie same stały na stole podczas kolacji z okazji naszej piętnastej rocznicy.
Żółte kwiaty były zachwycające.
Ale nie były moje.
Skrzyżowałam ręce i wpatrzyłam się w bukiet.
— Michał — mruknęłam z lekkim uśmiechem, pod którym kryło się coraz większe napięcie. — Co ty kombinujesz?
Wtedy pomyślałam o liczbie.
Dokładnie sto.
Nie dziewięćdziesiąt dziewięć.
Nie sto jeden.
Sto.
Na etykiecie kwiaciarni podano precyzyjną liczbę.
Wzięłam ją dwoma palcami i przeczytałam jeszcze raz, jakby przy dostatecznie długim wpatrywaniu się cyfra mogła ulec zmianie.
Sto żółtych róż.
Okrągła liczba miała zapewne wyglądać romantycznie. Szczodrze. Jak przemyślany gest, którym ludzie zaskakują ukochaną osobę w urodziny albo rocznicę. Tyle że do moich urodzin pozostawało jeszcze kilka miesięcy, a rocznica już minęła.
Poza tym Michał, mimo wszystkich swoich zalet, nie był człowiekiem, który nagle wysyła sto róż bez konkretnego powodu.
Był troskliwy.
Ale nie rozrzutny.
Stałam przy stole i patrzyłam na kwiaty.