Żółte róże nigdy nie miały jednego znaczenia. Dla jednych symbolizowały przyjaźń. Dla innych zazdrość.
W niektórych kulturach kojarzono je również z pożegnaniem.
Ostatnim pożegnaniem.
Ta myśl zabrzmiała w mojej głowie tak wyraźnie, że odsunęłam się od stołu.
— Przestań — wyszeptałam do siebie.
Lęk już jednak zdążył wejść do pokoju.
Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do Michała.
Sygnał.
Drugi.
Trzeci.
Potem włączyła się poczta głosowa.
Zmarszczyłam czoło. Podczas delegacji Michał często był zajęty, ale jeśli tylko mógł, odbierał. A kiedy nie mógł, zwykle oddzwaniał niedługo później.
Napisałam wiadomość.
„To ty przysłałeś mi kwiaty?”
Czekałam, wpatrując się w ekran.
Nic.
Minęła minuta.
Potem pięć.
Później dziesięć.
Żadnej odpowiedzi.
Zadzwoniłam ponownie.
Nadal cisza.
Nagle róże przestały wydawać mi się piękne. Były zbyt jaskrawe. Zbyt starannie ułożone. Zbyt obecne, jakby narzucały się całemu pomieszczeniu.
Powoli obeszłam stół, przyglądając się bukietowi z każdej strony. Może przesadzałam. Może Michał siedział właśnie na spotkaniu. Może florystka namówiła go na żółty kolor. Może sto róż było gotowym zestawem, który akurat znajdował się w ofercie kwiaciarni.
Mimo to poczułam, że marzną mi palce.
Wtedy zauważyłam coś dziwnego.
Bukiet nie został ułożony przypadkowo.
Kilka róż znajdujących się bliżej środka wyglądało inaczej.
Jakby ktoś umieścił je tam celowo.
Nachyliłam się nad wazonem.
Zewnętrzne kwiaty były bujne i szeroko rozwinięte, skierowane na zewnątrz w równym okręgu. Te bliżej środka ułożono niżej, a ich główki lekko pochylały się do wewnątrz. Nie na tyle, żeby od razu rzucało się to w oczy. Wystarczająco jednak, bym poczuła, że coś jest nie w porządku.
Zaczęłam liczyć.
Dziesięć rzędów po dziesięć.
Policzyłam raz. Potem drugi, delikatnie dotykając każdego pąka.
Dziesięć rzędów po dziesięć.
Jeden kwiat nie był całkowicie żółty.
Na jednej róży, niemal pod samym płatkiem, kryło się niewielkie czerwone znamię.
Najpierw uznałam, że to pomyłka.
Może uszkodzenie. Może ślad barwnika z innego kwiatka. Ostrożnie uniosłam płatek czubkiem palca.
Czerwona kropka była maleńka.
Ale umieszczona celowo.
Zabrakło mi tchu.
Chwilę później znalazłam drugą.
A potem trzecią.
Były dokładnie trzy.
Trzy oznaczone róże.
Poczułam, jak żołądek zaciska mi się z przerażenia.
Zapomniałam o nieodebranych połączeniach. O świetle sunącym po stole. O kubku, który wciąż stał przy zlewie. Przez kilka sekund słyszałam wyłącznie własny oddech.
Trzy naznaczone kwiaty.
Znałam ten znak.
Widziałam go wiele lat wcześniej.
Coś starego i niechcianego poruszyło się w mojej pamięci, jakby rzecz ukryta na długo pod deskami podłogi nagle zaczęła wydostawać się na powierzchnię.
Ręce zaczęły mi drżeć.
— Nie — powiedziałam głośno, choć mój głos zabrzmiał słabo.
Ponownie chwyciłam telefon. Tym razem nie zadzwoniłam do Michała.
Wybrałam numer policji.
Dyspozytorka poprosiła mnie o nazwisko, adres i opis sytuacji. Próbowałam mówić tak, żeby nie zabrzmieć jak ktoś, kto wpadł w panikę z powodu bukietu.
— Dostarczono mi kwiaty — powiedziałam, zaciskając palce na krawędzi stołu. — Sto żółtych róż. Bez kartki. Bez podpisu. Tylko moje imię.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Czy znajduje się pani w tej chwili w bezpośrednim niebezpieczeństwie?
— Nie wiem — odpowiedziałam szczerze. — Ale trzy róże są oznaczone. Dokładnie trzy.
Kiedy wypowiedziałam to na głos, poczułam ścisk w gardle.
— W jaki sposób są oznaczone?
— Czerwoną farbą. To małe czerwone punkty ukryte pod płatkami.
Kolejna przerwa.
— Uważa pani, że to groźba?
Jeszcze raz spojrzałam na bukiet. Na trzy ukryte znaki, które teraz przypominały mi stare blizny.
— Tak — powiedziałam. — Tak właśnie myślę.
Dyspozytorka kazała mi zostać w domu, zamknąć wszystkie drzwi i niczego więcej nie dotykać do czasu przyjazdu funkcjonariuszy.
Zrobiłam dokładnie to, o co poprosiła.
Zamknęłam drzwi wejściowe.
Potem tylne.
Następnie stanęłam na środku jadalni i patrzyłam na kwiaty dostarczone pod nieobecność mojego męża, czekając na policję i telefon od Michała.
Ale on nigdy nie zadzwonił.
Najgorsze zaczęło się godzinę później.
W domu było już dwóch umundurowanych policjantów. Stali w jadalni i oglądali bukiet z ostrożną uprzejmością ludzi, którzy podejrzewają, że ktoś przestraszył się czegoś zupełnie niegroźnego.
Jeden z nich, aspirant Wolski, zapytał:
— Powiedziała pani, że mąż zwykle wysyła białe róże?
— Tak. Zawsze białe. Nigdy żółte.
— I teraz jest w delegacji?
— Tak przynajmniej twierdził.
Młodszy funkcjonariusz przyjrzał się kwiatom.
— Pani Anno, rozumiem, że to nieprzyjemne, ale kwiaciarnie czasami popełniają błędy.
Chciałam mu uwierzyć. Naprawdę chciałam.
Wtedy przed domem zatrzymał się ciemny samochód.
Kilka minut później do korytarza wszedł mężczyzna po siedemdziesiątce. Miał srebrne włosy, zmęczone oczy i twarz człowieka, który przez zbyt długi czas nosił w sobie cudze sekrety.
— Jestem komisarz Kamil Rudzki — przedstawił się.
Jego nazwisko wywołało we mnie dziwne wrażenie.
— Mój ojciec znał kiedyś Rudzkiego — powiedziałam cicho.
