— W lodówce można by już chyba powiesić mysz, ale madame znowu wróciła z zakupami!
Piotr nawet się nie odwrócił, kiedy Anna weszła do mieszkania.
Stał przed otwartą lodówką. Jedną ręką przytrzymywał drzwiczki, a drugą z przesadną dokładnością przesuwał słoik musztardy, garnek z zupą i opakowanie sera, jakby po napadzie sporządzał protokół strat.
Anna powoli postawiła na podłodze dwie torby.
W jednej miała mleko, kurczaka, warzywa, chleb i jajka.
W drugiej — nową, granatową bluzkę.
Tę samą, którą zobaczyła po pracy i przez prawie dziesięć minut przekonywała samą siebie, żeby jej nie kupować.
A potem jednak kupiła.
Stara biała bluzka dawno rozciągnęła się na łokciach, kołnierzyk stracił kształt, a za tydzień Annę czekało spotkanie z ważnym klientem.
Pracowała jako główna księgowa i doskonale wiedziała, ile warte są pieniądze.
Zwłaszcza te, które sama zarabiała.
— O czym ty mówisz? — zapytała zmęczonym głosem.
Piotr wreszcie się odwrócił.
Jego wzrok natychmiast zatrzymał się na markowej papierowej torbie.
— Naprawdę nie rozumiesz?
— Nie.
— W domu nie ma co jeść.
— Przyniosłam zakupy.
— Zakupy przyniosła… — powtórzył z kpiną. — A o nowej rzeczy dla siebie też nie zapomniałaś.
Anna spojrzała na niego i poczuła znajome, nieprzyjemne napięcie.
Znów musiała się tłumaczyć.
Z kremu.
Z butów.
Z wizyty u fryzjera.
Z kawy wypitej po drodze do pracy.
Ze wszystkiego, co kupowała dla siebie, choć zarabiała niemal dwa razy więcej od męża.
— Potrzebowałam tej bluzki.
— Oczywiście. Tobie wszystko jest potrzebne.
— Piotr, wracam po dziesięciu godzinach pracy. Nie zaczynajmy teraz.
— To kiedy? Kiedy lodówka całkiem opustoszeje?
Anna bez słowa zaczęła wykładać produkty.
Kurczak.
Mleko.
Pomidory.
Ogórki.
Jajka.
Masło.
Piotr patrzył na nie tak, jakby każdy kolejny produkt miał potwierdzać jego rację.
— Widzisz? — powiedziała. — Jedzenie jest.
— Na dwa dni.
Zatrzymała rękę nad blatem.
— To jutro kup jeszcze.
Piotr zmrużył oczy.
— Ja?
— Ty.
— Ciekawe.
— Co takiego?
— Jak odzywasz się do mnie od pewnego czasu.
Anna powoli złożyła torbę.
— A jak powinnam mówić?
— Nie wiem. Może jak żona.
— To spróbuj rozmawiać jak mąż.
Zapadła cisza.
Piotr zrobił krok w jej stronę.
— Co to ma znaczyć?
— Dokładnie to, co powiedziałam.
— Ja też przecież pracuję.
— Nie wspomniałam o pracy.
— Wszystko masz wypisane na twarzy.
To było jego ulubione zdanie.
Kiedy brakowało mu argumentów, zaczynał mówić, że „wszystko widać po jej minie”, że „Anna go za nic nie uważa” albo że „zawsze chce być najmądrzejsza”.
Kobieta zdjęła płaszcz i powiesiła go na haczyku.
Potem spokojnie zapytała:
— Kto w tym miesiącu zapłacił ratę kredytu hipotecznego?
Twarz Piotra natychmiast stężała.
— Znowu zaczynasz.
— Tylko pytam.
— Nie wypominaj mi kredytu.
— Dobrze. A rachunek za prąd?
— Aniu…
— Internet?
— Wystarczy.
— Ubezpieczenie twojego samochodu?
— Powiedziałem, wystarczy!
Anna popatrzyła mu prosto w oczy.
— To nie mów mi, że nie mam pieniędzy na dom.
Piotr uderzył dłonią w drzwiczki lodówki.
— Niczego takiego nie powiedziałem!
— Powiedziałeś, że w domu jest pusto, a ja kupuję sobie nowe ubrania.
— Bo to prawda!
— Nie, Piotr. Prawda wygląda inaczej.
— Jak?
— Nie podoba ci się, że wydaję własne pieniądze na siebie.
Roześmiał się krótko.
— Własne?
Anna przez chwilę nie zrozumiała.
— Co?
— Jakie „własne”? Jesteśmy rodziną.
Właśnie o to chodziło.
Kiedy trzeba było płacić ratę — pieniądze Anny stawały się pieniędzmi rodziny.
Kiedy brakowało produktów — również pieniądze Anny ratowały sytuację.
Kiedy trzeba było odnowić polisę jego samochodu — nadal były wspólne.
Ale gdy kupiła sobie bluzkę, nagle każda złotówka należała do całego domu.
— Skoro jesteśmy rodziną — powiedziała — to ile przelałeś w tym miesiącu na wspólne wydatki?
Piotr odwrócił wzrok.
— Nie rób w domu księgowości.
— To bardzo wygodne.
— Co jest wygodne?
— Korzystać z liczb, dopóki działają na twoją korzyść, a potem złościć się, kiedy trzeba je pokazać.
— Boże, jaka ty jesteś…
Urwał.
— Jaka?
— Trudna.
Anna uśmiechnęła się, ale w jej uśmiechu nie było wesołości.
— A ty jesteś bardzo łatwy. Zwłaszcza dla rodzinnego budżetu.
Piotr gwałtownie odsunął krzesło.
— Właśnie dlatego nie da się z tobą rozmawiać!
Poszedł do pokoju i włączył telewizor.
Głośno.
Jak zawsze po kłótni.
Jakby hałas z ekranu miał przypieczętować, że rozmowa się skończyła, a ostatnie słowo należało do niego.
Anna przygotowała kolację.
Zawołała Piotra.
Przyszedł od razu, usiadł i spróbował kurczaka.
Skrzywił się.
— Za słony.
Anna w milczeniu jadła dalej.
Po chwili zapytał:
— Jutro kupisz mięso mielone?
— Nie.
Podniósł głowę.
— Słucham?
— Kup sam.
— Nie mam czasu.
— Ja też nie.
— Przecież i tak przechodzisz obok sklepu.
— A ty przechodzisz obok bankomatu.
Piotr odłożył widelec.
— Robisz to na złość?
— Jeszcze nie.
— A co będzie robieniem na złość?
Anna spojrzała na niego spokojnie.
— Sam się przekonasz.
Tej nocy prawie nie spała.
Nie dlatego, że bała się Piotra.
Po raz pierwszy od dawna zaczęła wszystko podliczać.
Nie pieniądze.
