Kasjerka podała kwotę — siedem tysięcy sto dwanaście złotych — a Marianna odruchowo sięgnęła do torebki. Jej dłoń doskonale wiedziała, w której przegródce znajduje się portfel, tak samo jak bez zastanowienia odnajdywała w ciemnym korytarzu włącznik światła i pamiętała, który palnik na kuchence od dawna kaprysi.
Teściowa delikatnie chwyciła ją jednak za nadgarstek. Nie gwałtownie, raczej z matczyną łagodnością, jak zatrzymuje się dziecko próbujące dotknąć czegoś gorącego.
— Nie ty — powiedziała spokojnie Genowefa. Po chwili, nawet nie odwracając głowy, dodała: — Grzegorz, płać.
Grzegorz, który właśnie wkładał do reklamówki butelkę nalewki, znieruchomiał.
Trzy dni wcześniej Genowefa przyjechała porannym autobusem. W mieście zagościł już październik i pierwsze przymrozki: rano trawniki pokrywał srebrzysty szron, lecz w ciągu dnia słońce nadal grzało tak mocno, że człowiek miał ochotę rozpiąć płaszcz. W ich bloku ogrzewania jeszcze nie włączono, więc w mieszkaniu panował chłód. Marianna chodziła po domu w grubej, wełnianej bluzie, a Grzegorz siedział nawet przy kuchennym stole w nowo kupionej puchowej kurtce, jakby nie zamierzał jej zdejmować.
— Zobacz, mamo, co sobie kupiłem — pochwalił się, rozkładając ręce. — Prawie nic nie waży, a grzeje tak, że można by w niej położyć się w śniegu. Model kanadyjski.
— Całkiem porządna — przyznała matka. — A Mariannie podobnej nie kupiłeś?
— Marianna ma kurtkę.
Marianna obierała wtedy ziemniaki i nawet nie podniosła wzroku.
Już pierwszego wieczoru Genowefa zauważyła kartkę przyczepioną do lodówki magnesem z Krynicy Morskiej. Drobne, staranne pismo Marianny układało się w listę: „Jajka (10), mleko, kasza gryczana, udka z kurczaka (promocja do czwartku), masło, chleb, jabłka dla Zosi”. Przy każdym produkcie widniała cena. Niektóre kwoty były przekreślone, a pod nimi dopisano niższe.
Telewizor w salonie zajmował niemal połowę ściany. Grzegorz kupił go we wrześniu, tłumacząc, że przecież „zbliżają się mistrzostwa”.
Drugiej nocy Genowefa obudziła się około wpół do drugiej, bo chciało jej się pić. W kuchni wciąż paliło się światło.
Marianna stała przy stole w tej samej ciepłej bluzie i za pomocą rękawa cukierniczego wyciskała na powierzchni tortu białe różyczki. Obok leżał telefon z otwartym zdjęciem. Klient poprosił o tort „dokładnie taki jak na fotografii, tylko żeby był na nim jeszcze miś”.
— Dlaczego jeszcze nie śpisz, dziecko?
— Och, obudziłam panią? Przepraszam. To zamówienie na sobotę, na urodziny. Muszę skończyć dzisiaj, żeby krem przez noc dobrze stężał.
— Często pracujesz po nocach?
— Kiedy są zamówienia. Zwykle dwa albo trzy razy w tygodniu — odpowiedziała ze zmęczonym uśmiechem. — Ale pieniądze są niezłe, mamo. Na jedzenie prawie wystarczają.
— A twoja pensja? Na co ją przeznaczasz?
— Na rachunki, zajęcia Zosi i coś ciepłego na zimę.
— A pieniądze Grzegorza?
Marianna nie odpowiedziała. Ostrożnie poprawiła jedynie misiowi przekrzywione ucho.
Genowefa nalała sobie wody i jeszcze długo siedziała na kuchennym stołku, obserwując synową. Dłonie Marianny były zaczerwienione, a skóra przy paznokciach popękana. Takie ręce miała kobieta, która bez końca pierze, szoruje, gotuje i sprząta, a dla siebie prawie nigdy niczego nie kupuje.
Następnego wieczoru usłyszała rozmowę o pieniądzach. Nie musiała podsłuchiwać — Grzegorz mówił wystarczająco głośno, bo wcale nie uważał swoich słów za coś niewłaściwego.
— Marianna, ja przecież niczego ci nie zabraniam. Po prostu mam teraz inne plany. Mam czterdzieści pięć lat, przez dwadzieścia lat wszystko dźwigałem na własnych plecach. Czy nie mam prawa wreszcie trochę pożyć dla siebie?
— Masz. Proszę tylko, żebyś również dokładał się do zakupów. Chociaż połowę.
— Ale ty zarabiasz na tortach. Skoro na jedzenie ci wystarcza, to po co wydawać jeszcze moje pieniądze?
W przedpokoju zapadła nagle zupełna cisza. Po kilku sekundach Marianna odezwała się tak równym głosem, że Genowefę przeszedł niepokój:
— Dobrze. Zrozumiałam.
Potem poszła do łazienki. Wkrótce rozległ się szum wody.
Grzegorz włączył telewizor. Właśnie zaczynała się relacja z meczu piłkarskiego.
Genowefa siedziała w fotelu z robótką na kolanach, a druty poruszały się w jej palcach coraz szybciej. Przypomniała sobie siebie samą w wieku dwudziestu ośmiu lat, małą kuchnię w Radomiu i swojego Piotra, który pewnego dnia uznał, że pensja należy wyłącznie do niego, a dom i rodzina jakoś same dadzą sobie radę. Przypomniała sobie również własną teściową, babcię Stefanię — drobną, niską kobietę o głosie, który potrafił uciszyć całe podwórko. Wtedy Stefania tylko raz porozmawiała z synem sam na sam, w komórce. Piotr wrócił stamtąd czerwony na twarzy i milczący. Od tamtego wieczoru zaczął przynosić do domu całą wypłatę i oddawać rodzinie każdą złotówkę.
Wtedy Genowefa obiecała sobie, że jeśli jej własny syn kiedyś stanie się taki sam, ona również nie będzie siedzieć cicho.
— Grzegorz — powiedziała, odkładając druty. — Jutro sobota. Zanim wyjadę, chciałabym przygotować wam porządną kolację. Pojedźmy wszyscy do sklepu.
