Zrobiłam jeszcze jeden krok w stronę dziedzińca.
Marek stał pod girlandą żółtych lampek, odwrócony do mnie plecami.
Naprzeciwko niego znajdowała się kobieta po czterdziestce.
Miała takie same szaroniebieskie oczy jak on.
— Dziś wieczorem musisz jej powiedzieć — oznajmiła.
— Wiem.
— Powinieneś był wyznać prawdę, gdy tylko ją rozpoznałeś.
Palce zacisnęły mi się na krawędzi kamiennego przejścia.
Rozpoznał mnie?
Marek odezwał się ciszej:
— Nie spodziewałem się, że się w niej zakocham.
Kobieta skrzyżowała ręce na piersi.
— To jednak nie sprawia, że wasze kłamstwa stają się mniej poważne.
Przestałam oddychać.
Marek zerknął w stronę restauracji.
— Jutro wyjeżdża.
— Właśnie dlatego musisz powiedzieć jej teraz.
— Jeśli wyznam prawdę, uzna, że wszystko, co wydarzyło się między nami, zostało wcześniej zaplanowane.
— A czy tak nie było?
Nie odpowiedział.
Ale jego milczenie powiedziało mi więcej niż jakiekolwiek wyjaśnienie.
Wyszłam na dziedziniec.
— Zaplanowane?
Marek odwrócił się gwałtownie.
W jednej chwili cała krew odpłynęła mu z twarzy.
— Elżbieta.
Kobieta zamknęła oczy.
Przez kilka pełnych bólu sekund nikt z nas się nie poruszył.
W końcu spojrzałam prosto na Marka.
— Kim ona jest?
— Moją córką. Zofią.
Zofia uśmiechnęła się do mnie słabo, z wyraźnym poczuciem winy.
— Przykro mi, że poznajesz nas w takich okolicznościach.
Ledwie dotarły do mnie jej słowa.
Pierś ścisnęła mi się tak mocno, że aż zabolało.
— Skąd mnie znałeś?
Marek zrobił krok w moją stronę.
Natychmiast się cofnęłam.
— Nie podchodź.
Zatrzymał się bez słowa.
Z otwartych drzwi kuchni dobiegały odgłosy restauracji: brzęk kieliszków, śmiech gości i głos kelnera proszącego o kolejną butelkę wina.
Jeszcze pięć minut wcześniej siedziałam przy stoliku z widokiem na port i myślałam, że znalazłam coś, co życie odebrało mi już na zawsze. Teraz stałam na tarasie obok mężczyzny, który właśnie przyznał, że nasze spotkanie nie było przypadkowe.
— Powiedz mi prawdę — zażądałam.
Marek spojrzał na Zofię.
Pokręciła głową.
— To już mu nie pomoże, tato. Po prostu jej powiedz.
W tym momencie wyglądał o wiele starzej niż rano.
Nie jak człowiek po siedemdziesiątce, ale jak ktoś, kto dźwiga na plecach całe życie.
— Moja żona znała twojego męża — powiedział.
Wpatrywałam się w niego bez zrozumienia.
— Co?
— Anna znała Piotra.
Kiedy z jego ust padło imię mojego męża, coś we mnie się skurczyło.
Piotr nie żył od czterech lat.
Byliśmy małżeństwem przez trzydzieści dziewięć lat.
Nigdy nie wspomniał o żadnej kobiecie imieniem Anna.
— Skąd się znali?
Marek spojrzał na pusty stolik w najdalszym kącie dziedzińca.
— Poznali się tutaj.
— Na Korfu?
— Tak.
— Kiedy?
— Trzydzieści dwa lata temu.
Zaśmiałam się krótko, choć nie było w tym nic zabawnego.
— Piotr nigdy nie był na Korfu.
Marek milczał.
Znowu ta cisza.
Przypomniałam sobie wszystkie historie, które Piotr opowiadał mi przez lata.
Wyjazdy służbowe.
Konferencje.
Spóźnione samoloty.
Dwa tygodnie, które spędził w podróży po Europie, kiedy nasza córka miała dziewięć lat.
Przywiózł jej szklanego delfina, a mnie srebrną bransoletkę.
Wciąż ją miałam.
— Usiądź — poprosił Marek.
— Nie.
— Elżbieta, proszę.
— Powiedziałeś, że nigdy wcześniej nie byłeś w tej restauracji.
— Wiem.
— Kelner zwracał się do ciebie po imieniu.
— Byłem tu już kilka razy.
— Ile dokładnie?
— Siedem.
Zacisnęło mi się gardło.
— Dlaczego?
Marek wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni marynarki.
Ponownie się odsunęłam.
— To tylko koperta — zapewnił.
Nie podał mi jej. Położył ją na stole.
Na przodzie widniało moje imię.
Ale nie było napisane jego ręką.
Znałam ten charakter pisma aż za dobrze.
Każde pochylenie liter.
Każdy gwałtowny, nerwowy ruch długopisu.
Piotr zawsze pisał ostatnią literę mojego imienia zdecydowanie za dużą.
Elżbieta.
To mój mąż zaadresował tę kopertę.
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
Zofia przysunęła w moją stronę krzesło.
Tym razem usiadłam.
— Skąd ją masz?
Marek powoli zajął miejsce naprzeciwko mnie.
— Po śmierci Anny znalazłem pudełko ukryte za podszewką starej walizki.
— Twoja żona zmarła sześć lat temu.
— Tak.
— I dopiero potem znalazłeś tę kopertę?
— Nie od razu. Prawie wszystkie jej ubrania oddałem potrzebującym. Z jakiegoś powodu zostawiłem walizkę. Dopiero w zeszłym roku natrafiłem na listy.
— Jakie listy?
— Było ich ponad czterdzieści.
Dziedziniec wydał mi się nagle niestabilny, jakby kamienne płyty kołysały się pod moimi stopami.
Zofia cicho wróciła do restauracji, zostawiając mnie samą z Markiem.
Spojrzałam na kopertę.
— Piotr pisał do twojej żony?
— Przez wiele lat.
— Jak długo?
W oczach Marka pojawiły się łzy.
— Prawie jedenaście lat.
Odsunęłam kopertę.
— Nie.
— Chciałbym, żeby to nie była prawda.
— Nie. Piotr nie mógł mnie zdradzać przez jedenaście lat.
Marek nie zaprzeczył.
Przez chwilę nienawidziłam go właśnie za to.
Chciałam, żeby bronił mojego męża.
Żeby powiedział, że listy zostały źle zrozumiane.
Że Anna i Piotr byli tylko dawnymi znajomymi.
Cokolwiek się między nimi wydarzyło, chciałam usłyszeć, że nie miało to nic wspólnego z naszym małżeństwem.
