Anna obudziła się jeszcze przed dźwiękiem budzika. Za oknem panowała ciemność, choć wskazówki zbliżały się już do siódmej. Wrześniowy poranek nie zachęcał do wstawania. Deszcz cicho stukał w parapet, a porywisty wiatr szarpał pożółkłymi liśćmi starej lipy rosnącej przy kamienicy.
Przez kilka chwil leżała nieruchomo, wpatrzona w sufit. Najchętniej zamknęłaby oczy i udawała, że tego dnia nie musi nigdzie wychodzić.
Od dwóch tygodni praca przypominała niekończący się bieg. Anna była księgową w dużej firmie handlowej. Sprawozdania, faktury, telefony, arkusze kalkulacyjne i kontrole sprawiały, że nieraz wracała do domu dopiero po ósmej. A wtedy czekały na nią kolejne obowiązki.
Przygotować kolację. Wstawić pranie. Zrobić zakupy. Czasem miała wrażenie, że całe jej życie składa się z długiej listy rzeczy oznaczonych słowem „trzeba”. Obok poruszył się Piotr.
— Dlaczego nie śpisz? — zapytał zaspanym głosem.
— Trzeba wstawać.
— Poleż jeszcze dziesięć minut.
— Jeśli zostanę w łóżku, pójdziesz do pracy bez śniadania.
Piotr uśmiechnął się i przyciągnął żonę do siebie.
— Jakoś sobie poradzę.
Anna również się uśmiechnęła.
Byli małżeństwem od dwunastu lat. Piotr miał czterdzieści trzy lata, Anna czterdzieści. Poważne kłótnie zdarzały im się rzadko. Piotr pracował jako brygadzista w zakładzie produkcyjnym, był spokojny i unikał wszelkich konfliktów. Należał do ludzi, którzy oddaliby ostatnią rzecz, byle tylko nikogo nie urazić.
Kiedyś właśnie ta łagodność urzekła Annę. Z czasem zaczęła ją jednak coraz bardziej drażnić. Szczególnie wtedy, gdy chodziło o młodszą siostrę Piotra. Zofia miała dwadzieścia pięć lat, ale w domu wszyscy mówili na nią Zosia.
Skończyła szkołę projektowania i przez kilka miesięcy pracowała w agencji reklamowej. Potem zrezygnowała.
— Nie wytrzymam w biurze od dziewiątej do siedemnastej — tłumaczyła bratu. — Mam artystyczną duszę. Potrzebuję swobody.
Później Zosia była administratorką w salonie kosmetycznym, sprzedawczynią w sklepie z dekoracjami do wnętrz i asystentką fotografa. W żadnym miejscu nie wytrzymała dłużej niż dwa albo trzy miesiące. Raz kierowniczka była „toksyczna”. Innym razem pracownicy okazali się „nie z jej bajki”. Gdzie indziej płacono za mało.
Czasem przeszkadzały jej godziny pracy. Innym razem twierdziła, że zakres obowiązków „zabija jej kreatywność”. Na początku Anna nie widziała w tym nic złego. Młoda dziewczyna szuka własnej drogi. Tyle że te poszukiwania zaczęły trwać podejrzanie długo. I coraz częściej odbywały się w mieszkaniu Anny i Piotra.
Tego ranka Anna usmażyła jajka, zrobiła kanapki i postawiła przed mężem kubek kawy. Wtedy zadzwonił jego telefon. Piotr spojrzał na ekran.
— Zosia.
Anna nic nie powiedziała.
— Słucham… Tak… Jestem jeszcze w domu… Mhm… Dobrze.
Odłożył telefon.
— Co chciała?
— Nic takiego. Pytała, czy mamy kawę.
Anna powoli odwróciła się w jego stronę.
— Kawę?
— No, kawę.
— Piotrek, sklepy są otwarte od ósmej.
— Tylko zapytała.
Anna nie skomentowała. Przez ostatni rok Zosia bardzo często „tylko pytała”. Czy została im kawa. Czy mają jeszcze ser. Czy mogłaby wziąć paczkę makaronu. Czy Anna używa szamponu stojącego w łazience. Czy pożyczyłaby żelazko. Czy został im proszek do prania.
Czy mogłaby zabrać kawałek ciasta, bo „przecież we dwoje i tak wszystkiego nie zjedzą”. Początkowo takie prośby wydawały się drobiazgami. Pewnego wieczoru Zosia stanęła w drzwiach ich mieszkania.
— U mnie w lodówce jest zupełnie pusto. Cały dzień nic nie jadłam.
Anna właśnie wyjmowała z piekarnika kurczaka z ziemniakami.
— To siadaj.
Zosia zjadła kolację, a potem poprosiła o porcję na wynos. Anna zapakowała jej jedzenie i dołożyła kilka kotletów. Tydzień później Zosia pojawiła się ponownie. Potem jeszcze raz.
Po kilku miesiącach przestała nawet uprzedzać o swoich wizytach. Po prostu około dziewiątej wieczorem naciskała dzwonek.
— Cześć! Wpadłam tylko na chwilę.
Ta „chwila” przeciągała się zwykle do trzech godzin i niemal zawsze kończyła się przy lodówce.
Pewnego sobotniego poranka Anna wracała z dyskontu. Uchwyty dwóch ciężkich toreb boleśnie wrzynały jej się w palce. Kiedy dotarła na czwarte piętro i otworzyła drzwi, usłyszała z kuchni głos Zosi.
— Piotrek, mogę zabrać ten ser?
— Bierz.
Anna zatrzymała się w przedpokoju. Zosia pakowała do reklamówki ser, kilka jogurtów, masło i kawałek wędliny.
— Dzień dobry — powiedziała Anna.
Siostra męża nawet się nie speszyła.
— O, cześć! Już wróciłaś?
Anna odstawiła torby na podłogę.
— Widzę, że ty też właśnie wychodzisz.
— U mnie w domu nie ma już prawie nic. Piotrek pozwolił mi wziąć trochę jedzenia.
Anna spojrzała na męża. Stał przy czajniku.
— Aniu, nic wielkiego. Później dokupimy.
Powoli zdjęła kurtkę.
— Ja właśnie wróciłam ze sklepu.
— No właśnie! — Zosia zaśmiała się beztrosko. — Czyli lodówka znowu będzie pełna.
Anna powstrzymała się od komentarza. Wieczorem jednak porozmawiała z Piotrem.
— Piotrek, to mi się nie podoba.
— Co dokładnie?
— Twoja siostra zachowuje się tutaj jak u siebie.
— Daj spokój.
