— Mówię poważnie.
Piotr ciężko westchnął.
— Zosia przechodzi trudny okres.
— Ma dwadzieścia pięć lat.
— I co z tego?
— Jest dorosłą, zdrową kobietą.
— Szuka pracy.
Anna spojrzała na niego uważnie.
— Piotrek, ona szuka pracy od pół roku.
— Nie każdy od razu wie, co chce robić.
— Proponowali jej posadę w punkcie ksero.
— Prawie nic by tam nie zarabiała.
— Była też praca na recepcji.
— Do dziewiątej wieczorem.
— Znajoma mamy chciała zatrudnić ją w sklepie meblowym.
— Zosia uznała, że to nie dla niej.
Anna uśmiechnęła się gorzko.
— Oczywiście. Dla niej odpowiednie jest tylko przychodzenie do nas po zawartość lodówki.
Piotr zmarszczył brwi.
— Nie przesadzaj.
Na tym wtedy zakończyli rozmowę. Jednak nic się nie zmieniło. Przeciwnie — sytuacja zaczęła się pogarszać.
Pewnego dnia Anna wróciła do domu po wyjątkowo wyczerpującej pracy. Marzyła tylko o ciszy, prysznicu, gorącej herbacie i choćby pół godzinie spokoju.
Muzykę słychać było już na klatce schodowej. W salonie Zosia siedziała na kanapie z podwiniętymi nogami i rozmawiała przez wideorozmowę z koleżanką.
Na stoliku stał ulubiony kubek Anny, prezent od współpracownicy. W kuchni znalazło się natomiast otwarte pudełko czekoladek, które Anna kupiła na urodziny swojej mamy.
— Cześć! — rzuciła Zosia. — Posiedzę u was trochę, dobrze?
Anna zdjęła płaszcz.
— Jak ty weszłaś?
— Piotrek był w domu. Potem pojechał do garażu.
— Rozumiem.
Anna przeszła do kuchni. W zlewie stały brudny talerz i kubek. Na desce leżały plastry szynki, a otwarta torebka chleba przewróciła się na bok. Anna na moment zamknęła oczy.
„Bez awantury. Spokojnie jej wytłumacz”.
Wróciła do pokoju.
— Zosiu.
— Co?
— Kiedy zamierzasz wrócić do siebie?
Dziewczyna podniosła głowę, wyraźnie zaskoczona.
— Co się stało?
— Jestem bardzo zmęczona. Chciałabym pobyć sama we własnym mieszkaniu.
Zosia nadąsała się.
— Czyli ci przeszkadzam?
— Dzisiaj tak.
Przez kilka sekund żadna z nich się nie odezwała.
— Dobrze — odpowiedziała Zosia chłodno. — Wszystko jasne.
Zaczęła demonstracyjnie zbierać swoje rzeczy. Gdy drzwi zatrzasnęły się za nią, Anna już przeczuwała dalszy ciąg. Nie pomyliła się. Niespełna godzinę później zadzwonił Piotr.
— Wyrzuciłaś Zosię?
— Poprosiłam, żeby wróciła do siebie.
— Płacze.
Annie wyrwał się krótki, niedowierzający śmiech.
— Piotrek, twoja siostra ma dwadzieścia pięć lat.
— I co z tego?
— Chciałabym tylko wiedzieć, ile jeszcze będzie do ciebie dzwoniła zapłakana za każdym razem, kiedy ktoś jej odmówi.
Piotr poczuł się urażony. Przez następne dwa dni rozmawiali wyłącznie o sprawach domowych. Później wszystko pozornie wróciło do normy. Tydzień później Zosia znów pojawiła się u nich, jakby poprzednia sytuacja nigdy nie miała miejsca.
W takim układzie minął niemal rok. Anna coraz częściej zauważała coś, co ją samą przerażało: nie miała ochoty wracać do własnego mieszkania.
Nigdy nie wiedziała, kogo zastanie w środku.
Pewnego wieczoru kupiła sobie drogi krem, na który od dawna miała ochotę. Postawiła słoiczek w łazience. Trzy dni później zauważyła, że zostało w nim niewiele więcej niż połowa zawartości.
— Piotrek, używałeś mojego kremu?
Mąż roześmiał się.
— Jakiego kremu?
Anna nie odpowiedziała. Tego samego wieczoru Zosia przyszła „na herbatę”.
Tym razem Anna zapytała wprost:
— Brałaś mój krem?
Zosia wzruszyła ramionami.
— Tylko raz.
— Tylko raz?
— No… może dwa.
— A nie przyszło ci do głowy, żeby zapytać?
Dziewczyna spojrzała na nią z autentycznym zdziwieniem.
— Daj spokój, Anka. To zwykły krem.
I wtedy Anna po raz pierwszy nie powstrzymała złości.
— Dla ciebie wszystko jest zwykłe. Tylko kawałek sera. Tylko kawa. Szampon. Krem. Kolacja. Niezapowiedziane wizyty też pewnie są niczym wielkim.
Policzki Zosi poczerwieniały.
— Jeśli tak ci żal, mogłaś od razu powiedzieć.
— Właśnie teraz to mówię.
— Rozumiem.
Zosia ponownie wyszła obrażona. Piotr przez cały wieczór milczał. Anna uznała, że tym razem może wreszcie zobaczył, jak wygląda sytuacja z jej strony.
Najważniejsza rozmowa odbyła się jednak dopiero miesiąc później.
W piątek Anna skończyła pracę wcześniej niż zwykle. Po drodze wstąpiła po warzywa, a potem postanowiła kupić kawę w małej kawiarni niedaleko domu. Przy stoliku pod oknem siedziała ich sąsiadka, pani Krystyna.
— Aniu! Podejdź na chwilę.
Anna podeszła do stolika.
— Jak się pani czuje?
Przez parę minut rozmawiały o codziennych sprawach. W końcu pani Krystyna powiedziała niby od niechcenia:
— Ta siostra Piotra naprawdę często was odwiedza.
— Zosia?
— Tak. Wczoraj była u was w środku dnia.
Anna zmarszczyła brwi. Zarówno ona, jak i Piotr byli wtedy w pracy.
— Chyba pomyliła ją pani z kimś innym.
— Ależ skąd. Doskonale ją znam. Sama wyjęła klucz i otworzyła wasze drzwi.
Annie zrobiło się zimno.
— Jaki klucz?
Pani Krystyna zmieszała się.
— Pewnie swój. Pomyślałam nawet, że to dobrze, kiedy rodzina mieszka blisko i może na siebie liczyć.
Anna wracała do domu powoli. W głowie bez przerwy powtarzały się dwa słowa: „swój klucz”.
Piotr wrócił po siódmej. Anna czekała na niego w kuchni. Przed nią stał kubek dawno wystygłej herbaty.
