Zofia Kowalska po raz trzeci przeliczała pieniądze w kopercie opisanej słowami „prąd, gaz”. Suma wciąż się nie zgadzała. Wygładziła dłonią każdą złotówkę, jakby od tego banknoty mogły nagle rozmnożyć się w jej palcach, a potem starannie schowała je z powrotem.
Czterysta złotych.
Do emerytury pozostawało jeszcze dziewięć dni.
W lodówce leżała połowa kurczaka, którą Zofia odłożyła na następny dzień, bo mieli mieć gości.
Jeszcze tydzień wcześniej koperta była wyraźnie grubsza. Jeszcze tydzień temu w ich niewielkim mieszkaniu na lubelskiej Pradze panowała zwyczajna, znajoma cisza, a największym zmartwieniem Zofii było to, czy wystarczy pustych słoików na domowy sos paprykowy.
Tego wieczoru zakręcała właśnie ostatni słoik.
W kuchni pachniało słodką papryką, pomidorami i czosnkiem. Szyby zaparowały od gorącej pary, a Henryk drzemał w fotelu przy jednostajnym głosie lektora z wieczornych wiadomości.
Dzwonek do drzwi odezwał się długo i natarczywie. Brzmiało to tak, jakby ktoś przycisnął przycisk łokciem i wcale nie zamierzał go puścić.
— Heniek, spodziewasz się kogoś? — Zofia wytarła dłonie o ścierkę.
— Chyba nie… — Mężczyzna podniósł się, mrużąc oczy po drzemce. — Może znowu sąsiad z dołu przyszedł w sprawie kaloryfera.
Na klatce nie stał jednak żaden sąsiad.
W czerwonym, szerokim kapeluszu prezentowała się Katarzyna — kuzynka Henryka z niewielkiej miejscowości niedaleko Łęcznej.
Za nią stała olbrzymia walizka na kółkach. Taka, z którą rozsądny człowiek wybiera się co najmniej na miesięczny urlop nad morzem.
Nieco dalej przestępował z nogi na nogę jej mąż, Marek, trzymając w obu rękach wielkie torby w kratę.
— No i jesteśmy! — Katarzyna już obejmowała Zofię, otulając ją słodkim zapachem perfum. — Nie spodziewaliście się? I bardzo dobrze! Tak jest przecież ciekawiej!
— Kasia! Marek! — Henryk rozłożył szeroko ramiona. — Dlaczego nie zadzwoniliście wcześniej? Wyjechałbym po was na dworzec.
— Jak to nie dzwoniłam? — Katarzyna uniosła brwi z udawanym oburzeniem. — W niedzielę mówiłam ci przecież: „Heniek, szykuj się, przyjeżdżamy”. I co?
— Myślałem, że żartujesz — odparł, drapiąc się po głowie. — Kto zostawia gospodarstwo w środku sierpnia?
Zofia spojrzała najpierw na walizkę.
Potem na męża.
Henryk z uporem wpatrywał się w podłogę.
Była prawie dziesiąta wieczorem, ale ludzi po podróży nie wypadało przecież kłaść spać z pustymi żołądkami. Zofia wyjęła jajka, pokroiła chleb i otworzyła słoik ogórków konserwowych, który trzymała na wyjątkową okazję.
— Siadajcie. Opowiadajcie, co was do nas sprowadza.
— Oj, Zosiu, od razu brzmisz jak na przesłuchaniu — zaśmiała się Katarzyna, zajmując sobą niemal całą kuchnię. — Stęskniliśmy się. Rodzina jednak jest rodziną. Życie takie krótkie, a widujemy się raz na pięć lat.
— To prawda — Zofia postawiła patelnię na stole. — Tylko że mamy mieszkanie z jednym pokojem. Gdzie chcecie spać?
— Nam wystarczy jakikolwiek kąt!
— Na podłodze was nie położę. Rozłożymy kanapę w kuchni. Będzie ciasno, ale jakoś się zmieścimy. Zostajecie na parę dni?
— Na trzy — odpowiedziała Katarzyna i szybko wymieniła spojrzenie z Markiem.
Tej nocy Zofia długo nie mogła zasnąć.
Za ścianą buczała lodówka, a z kuchni dochodziło ciężkie chrapanie Marka.
— Heniek — szepnęła. — Ludzie nie przyjeżdżają na trzy dni z taką walizką.
— Nie wymyślaj. Chcieli zobaczyć miasto.
Zbyt szybko odwrócił się twarzą do ściany.
Zofia znała swojego męża od czterdziestu dwóch lat.
Doskonale wiedziała, jak zachowywał się, kiedy próbował coś ukryć.
Tak samo leżał, gdy pożyczył od ojca chrzestnego pieniądze na „pewny interes” z częściami samochodowymi.
I w ten sam sposób odwrócił głowę, kiedy okazało się, że żadnego interesu nie będzie.
Odkąd Henryk przeszedł na emeryturę po latach pracy w zajezdni autobusowej, nie potrafił pogodzić się z tym, że każdą złotówkę trzeba teraz oglądać z obu stron.
Wciąż łudził się, że pojawi się jeszcze jedna wyjątkowa okazja, która przywróci im dawne życie.
Tymczasem zamiast szczęśliwych szans przybywało im wyłącznie długów.
Następnego ranka Zofia, jak zawsze, wstała o szóstej.
Wyszła na korytarz i stanęła bez ruchu.
Przejście do kuchni było całkowicie zablokowane — goście spali w poprzek rozłożonej kanapy.
Przez chwilę nasłuchiwała, a potem po cichu wróciła do pokoju.
„Ludzie ze wsi — pomyślała. — Zaraz zerwą się razem ze słońcem”.
Katarzyna pojawiła się dopiero wpół do dwunastej.
W szlafroku, z rozczochranymi włosami i miną osoby całkowicie wypoczętej.
— Ale się u was śpi! Nie ma koguta, krów, ani sąsiadki, która od piątej rano tłucze wiadrami. To dopiero życie!
Zofia bez słowa postawiła przed nią talerz z omletem i kanapkami.
Katarzyna przez chwilę obracała widelec w dłoni.
— I tylko tyle?
Zofia podniosła wzrok.
— A czego jeszcze oczekiwałaś?
— No wiesz, Zosiu… Jesteś gospodynią z miasta. Myślałam, że będzie coś specjalnego. Jakieś mięso, sałatki, żeby było po ludzku.
— Żyjemy skromnie, Kasiu.
— Widzę — mruknęła, krzywiąc usta. — Nic nie szkodzi. Na obiad chyba bardziej się postarasz.
