„Przyjechali tylko na kilka dni z ogromną walizką, a potem chcieli zabrać nam mieszkanie — dopiero u notariusza Zofia odkryła, co naprawdę planowali”

Zofia poczuła, że policzki zaczynają ją palić.

Czy miała powiedzieć, że do emerytury niemal nic już nie zostało?

Że Henryk jest winien pieniądze prawie połowie garaży, w których dawni koledzy naprawiali samochody?

Nie potrafiła.

Kiedy goście poszli spacerować po parku, Zofia narzuciła sweter i weszła piętro wyżej, do mieszkania sąsiadki.

Jadwiga Nowak otworzyła jej w okularach, trzymając w ręku gazetę z krzyżówką.

— Pani Jadziu, bardzo mi głupio… Czy mogłaby mi pani pożyczyć do emerytury? Goście przyjechali niespodziewanie, rodzina Henryka. Chcą, żeby wszystko było jak należy.

Sąsiadka nie odpowiedziała.

Podeszła do kredensu, wyjęła portmonetkę schowaną pod porcelanową figurką baletnicy i odliczyła pieniądze.

Potem ujęła dłoń Zofii i przez chwilę jej nie puszczała.

— Pożyczę, dziecko. Ale posłuchaj starej, nierozsądnej kobiety. Jeśli ktoś przyjeżdża bez zapowiedzi z ogromnymi walizkami, a potem jeszcze zaczyna układać gospodyni jadłospis, to znaczy, że nie przyjechał wyłącznie w gości. Powiedz im, jak wygląda wasza sytuacja.

— Nie umiem. Wstyd mi.

— Wstyd powinien być po ich stronie, nie po twojej — westchnęła Jadwiga. — Zrobisz, jak zechcesz. Tylko patrz uważnie i nie zamykaj oczu.

Wieczorem stół uginał się od jedzenia.

Zofia upiekła schab ze śliwkami, zrobiła sałatkę jarzynową, śledzie pod pierzynką z buraków oraz sałatkę z wątróbką.

Katarzyna jadła z apetytem, wychwalała kuchnię Zofii i kilka razy dokładała sobie na talerz.

W końcu odsunęła się na krześle i westchnęła z rozmarzeniem.

— Wszystko było naprawdę pyszne, Zosiu. Ale do herbaty zjadłabym jeszcze prawdziwą kremówkę. Taką z porządnym kremem. Skoro już jesteśmy w mieście…

Następnego dnia Zofia ponownie poszła do Jadwigi.

Później ruszyła do cukierni.

Pudełko z ciastem kosztowało niemal tyle, ile zwykle wydawała na jedzenie przez cały tydzień.

Niosła je za cienki sznurek i myślała o zimowych butach, na które odkładała pieniądze od wiosny.

Buty mogły poczekać.

Wieczorem Henryk oznajmił z szerokim uśmiechem:

— Kasia z Markiem postanowili zostać jeszcze tydzień! Prawda, że świetnie?

Zofia oparła się plecami o framugę.

— Heniek — Katarzyna natychmiast wsunęła mu rękę pod ramię — po tej kuchennej kanapie kręgosłup mam jak połamany. Może my przeniesiemy się do pokoju, a wy będziecie spać w kuchni? Jesteście u siebie, jakoś sobie poradzicie.

— Oczywiście! — odpowiedział Henryk bez chwili wahania, nawet nie spoglądając na żonę.

Zofia w milczeniu wyjęła z szafy świeżą pościel i przygotowała łóżko dla gości.

To samo łóżko, w którym spała przez prawie czterdzieści lat.

Kuchenna kanapa rzeczywiście była koszmarnie niewygodna.

W samym środku zapadała się, a jedna ze sprężyn wbijała się Zofii prosto pod żebro.

Leżała na boku, starając się nie poruszyć.

— Heniek, kiedy oni wreszcie wyjadą? — szepnęła. — Prawie nie mamy już na chleb. Od Jadwigi pożyczałam już dwa razy.

— Zosiu, tylko nie zaczynaj. Niech ludzie chociaż raz porządnie się najedzą.

Chciała odpowiedzieć, lecz z pokoju dobiegły przyciszone głosy.

Drzwi od dawna nie domykały się do końca, odkąd budynek lekko osiadł.

— Jeszcze tylko trochę wytrzymaj — szeptała Katarzyna. — W czwartek Heniek wszystko podpisze i mieszkanie będzie nasze. Sprzedamy je, a potem przeniesiemy się do Warszawy.

— A co z Zofią? — zapytał ciężko Marek.

— Zofia? Całe życie milczy. Teraz też nie odważy się odezwać.

Sprężyna pod żebrem przestała mieć znaczenie.

Zofia nie czuła już nic.

Tylko lodowaty chłód, który powoli przesuwał się od stóp aż do gardła.

Wreszcie zrozumiała, po co przywieźli tak wielką walizkę.

Rano, gdy tylko Katarzyna i Marek wyszli na targ, Zofia zamknęła drzwi wejściowe na oba zamki i usiadła naprzeciwko męża.

— Co dokładnie zamierzasz podpisać w czwartek?

Henryk najpierw udał zdziwienie.

Później spojrzał jej w oczy.

I nagle całkowicie z niego uszło powietrze.

Mówił długo, nieskładnie i chaotycznie.

Wiosną Katarzyna zadzwoniła do niego z propozycją „wyjątkowo korzystnej zamiany”.

Ich mieszkanie miało zostać wymienione na jej dom w rodzinnej miejscowości.

Dom z działką i ogrodem.

Do tego Katarzyna obiecywała dopłatę.

Właśnie z tych pieniędzy Henryk chciał spłacić wszystkie swoje zobowiązania.

— Dom z ogrodem, Zosiu — mamrotał. — Świeże powietrze, ziemia… Pomyślałem, że może ci się spodoba.

— A o zdanie żony nie zamierzałeś zapytać?

Nie odpowiedział.

— Henryk, oni chcą wyrzucić nas z własnego mieszkania. Rozumiesz to?

Mężczyzna zakrył twarz dłońmi.

Zofia patrzyła na jego siwe włosy i sama nie wiedziała, co jest w niej silniejsze: gniew czy litość.

— Gdzie ma być ten notariusz?

Kancelaria mieściła się na parterze pięciopiętrowego budynku przy ulicy Lubartowskiej.

Zofia przyjechała autobusem pół godziny przed umówioną porą.

Katarzyna i Marek już siedzieli na obitych sztuczną skórą krzesłach w korytarzu.

— O, Zosieńko! — Katarzyna natychmiast się podniosła. — My tylko załatwiamy swoje sprawy…

Wtedy otworzyły się drzwi gabinetu.

Młoda notariuszka w okularach uśmiechnęła się uprzejmie.