Kobieta siedziała na samych schodach — dokładnie na tym ganku, na którym teraz powinna znaleźć się Marta. Zamiast krzesła służyła jej ogromna walizka w kratę. Obok stała druga, niebieska, ciasno przewiązana paskiem, jakby bez tego miała rozpaść się na części. Nieznajoma wachlowała się kartką złożoną na pół. Kiedy Marta podeszła bliżej, zauważyła znajome logo — identyczne z tym, które widniało na ekranie jej telefonu.
— To mieszkanie numer siedem? — zapytała kobieta zamiast się przywitać.
— Siódme — odpowiedziała Marta, porównując numer na drzwiach z adresem w aplikacji. — Mam rezerwację od dzisiaj do niedzieli.
— Moje dziecko — nieznajoma podniosła się, otrzepała spódnicę i podała jej wydruk — ja wynajęłam to mieszkanie jeszcze w marcu. Wszystko specjalnie wydrukowałam, bo telefon konfigurował mi wnuk, a ja nie ufam ani telefonowi, ani wnukowi.
Była druga trzydzieści po południu. Termometr wskazywał trzydzieści cztery stopnie w cieniu, choć na tym ganku nie było nawet odrobiny cienia. Marta przez dziewięć godzin jechała autobusem z Łodzi, dwa razy utknęła w korku i przez całą drogę marzyła tylko o jednym: otworzyć drzwi, rzucić plecak na podłogę i paść na łóżko w całkowicie pustym mieszkaniu. Pustym do tego stopnia, by przez cały tydzień nie musieć obok siebie znosić żadnego człowieka.
Tymczasem przed nią stał człowiek. Kobieta około sześćdziesięciu lat, w słomkowym kapeluszu z szerokim rondem, z brodą uniesioną stanowczo do góry i dwiema walizkami, które najwyraźniej wcale nie zamierzały stąd zniknąć.
Gospodarz, Piotr, odebrał dopiero za czwartym razem.
— Dziewczyny, sam nie rozumiem, jak do tego doszło — w jego głosie naprawdę słychać było zakłopotanie. — System w jakiś sposób podwójnie zarezerwował lokal. Widzę oba potwierdzenia. Mogę oddać wam całą kwotę i wypłacić jeszcze jakąś rekompensatę…
— Rekompensata mnie nie interesuje — ucięła Marta. — Potrzebuję miejsca do spania.
— Mnie już kiedyś obiecano zwrot pieniędzy — dodała kobieta, nachylając się nad telefonem. — W 2019 roku. Za wycieczkę. Do dziś je zwracają.
Piotr obiecał, że obdzwoni znajomych i spróbuje znaleźć im inne lokum, po czym się rozłączył. Marta usiadła na najniższym stopniu i otworzyła mapę. W sierpniu ceny noclegów nad morzem rosły równie szybko jak temperatura. Wszystkie pozostałe oferty kosztowały absurdalne pieniądze. Przesuwała palcem po kolejnych ogłoszeniach, a z każdą następną ceną coraz trudniej było jej powstrzymać łzy.
— I co tam? — zainteresowała się nieznajoma.
— Drogo. Koszmarnie drogo.
Kobieta gwizdnęła krótko i głośno — zupełnie nieelegancko, raczej jak chłopcy na stadionie.
— Jadwiga Kowalska — przedstawiła się po chwili. — Może pani mówić po prostu Jadwiga, ale wtedy od razu mam wrażenie, że znowu jestem w pracy. A przecież jestem już emerytką.
— Marta.
— W takim razie, Marto, proszę mnie dobrze zrozumieć. Nigdzie stąd nie jadę. Od marca śniło mi się to mieszkanie. Przez kilka miesięcy odkładałam pieniądze z emerytury. Jest tu balkon z widokiem na zalew.
— Ja też oszczędzałam — powiedziała Marta ciszej, niż zamierzała. — Szczerze mówiąc, na ten tydzień odkładałam przez cały rok.
Przez następne dwadzieścia minut spierały się niemal bez przerwy. Ustalały, która z nich zarezerwowała mieszkanie wcześniej i która pierwsza pojawiła się na miejscu. Rozważały, czy młodej osobie rzeczywiście łatwiej znaleźć inny nocleg i czy starszym ludziom częściej wybacza się uparte siedzenie na cudzych schodach. Pani Jadwiga przedstawiała argumenty z zapałem doświadczonej prokuratorki, a Marta odpowiadała coraz krócej i z każdą chwilą była bardziej rozdrażniona. W końcu telefon Piotra się rozładował i nie można było już do niego dodzwonić.
— Dobrze — powiedziała wreszcie Jadwiga i wyjęła z torebki klucz pozostawiony przez gospodarza w specjalnej skrytce dla obu lokatorek. — Przenocujemy razem jedną noc. Tylko jedną. Jutro na pewno coś wymyśli. A jeśli nie, napiszę mu taką opinię, że sam będzie musiał stąd wyjechać.
Mieszkanie okazało się niewielką kawalerką. Przy oknie stało szerokie łóżko, pod ścianą rozkładana sofa. W aneksie kuchennym mieściła się kuchenka z dwoma palnikami. Był też obiecany balkon, z którego rzeczywiście widać było zalew — srebrzystą taflę połyskującą za dachami domów.
Jadwiga zajęła łóżko bez najmniejszych negocjacji. Po prostu postawiła na nim walizkę.
— Na tej sofie nie zasnę — oznajmiła, nawet się nie odwracając. — Rano będę miała kręgosłup jak stara klacz. Pani jest młoda, pani wszystko jedno.
Marcie wcale nie było wszystko jedno. Po podróży była jednak tak wyczerpana, że zabrakło jej sił na kolejny spór.
Tego wieczoru prawie ze sobą nie rozmawiały. Jadwiga rozpakowywała bagaże długo, dokładnie i z namaszczeniem. Z niebieskiej walizki wyjęła własną poduszkę w kwiecistej poszewce, mały kawiarkowy ekspres, paczkę kawy owiniętą w ręcznik oraz cztery różne kapelusze. Marta, obserwując ją z sofy, pomyślała o zawartości swojego plecaka: dwóch parach szortów, kostiumie kąpielowym, kremie z filtrem i książce, której nie zdołała dokończyć poprzedniego lata.