Punktualnie o dziesiątej Jadwiga włączyła radio. Cicho, ale jednak je włączyła. Najpierw nadano audycję o pielęgnowaniu ogrodu, a potem popłynęły stare piosenki.
— Naprawdę zamierza pani tego słuchać? — zapytała Marta w ciemności.
— Od trzydziestu lat zasypiam przy radiu. Chce pani, żebym akurat dziś w ogóle nie spała?
Marta odwróciła się do ściany i nakryła głowę poduszką. Zanim zapadła w sen, zdążyła pomyśleć, że to najgorszy urlop w jej życiu. Zaczął się dokładnie tak, jak skończył się cały poprzedni rok — zupełnie nie po jej myśli.
Obudził ją zapach kawy.
Nie tej bezbarwnej lurki z automatu na stacji benzynowej, lecz prawdziwej, mocnej i gęstej, z delikatną goryczką, która potrafi otworzyć oczy jeszcze przed całkowitym przebudzeniem. Drzwi balkonowe były szeroko otwarte, a słońce zdążyło już dotrzeć do połowy pokoju. Przy małym balkonowym stoliku siedziała Jadwiga w drugim kapeluszu — białym, ozdobionym czarną wstążką.
Na stole stały dwie filiżanki. Dokładnie dwie.
— Proszę siadać, póki kawa nie wystygła — powiedziała kobieta, jakby poprzedniego dnia nic się między nimi nie wydarzyło. — Byłam już na targu.
— O której pani wstała?
— O szóstej. O szóstej rano są najlepsze brzoskwinie, a o dziewiątej najlepsze ceny. Poszłam więc o siódmej, żeby dostać jedno i drugie.
Na talerzu leżały żółte brzoskwinie z czerwonymi bokami, kawałek bryndzy, pomidory pachnące sierpniem i cudzym ogródkiem oraz połowa jeszcze ciepłego bochenka chleba.
— Ile jestem pani winna? — Marta sięgnęła po portfel.
— Nic. Za wszystko zapłaciłam mniej, niż sprzedawca na początku chciał za same brzoskwinie. Jakiś mężczyzna uznał, że potrafi się targować — Jadwiga upiła łyk kawy i po raz pierwszy się uśmiechnęła. — Okazało się, że nie potrafił.
Zjadły śniadanie prawie w milczeniu, ale tym razem cisza nie ciążyła Marcie. Na dole ktoś wyprowadzał psa, od strony plaży dobiegały głosy turystów, a przy śmietnikach obok kawiarni mewy urządzały głośną awanturę.
— Przyjeżdżam tutaj od trzydziestu lat — powiedziała nagle Jadwiga. — Zawsze z siostrą, każdego lata. W tym roku została jednak z wnukami, bo synowa wróciła do pracy i ktoś musiał się nimi zająć. Powiedziałam, że w takim razie pojadę sama. A siostra zapytała: „Naprawdę? Przecież nigdy nigdzie nie wyjeżdżałaś beze mnie”. Pomyślałam i uznałam, że kiedyś w końcu trzeba spróbować.
Odstawiła filiżankę.
— No więc przyjechałam. I trafiłam na panią.
Marta się roześmiała. Po raz pierwszy od… Nawet nie umiała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz śmiała się naprawdę.
Piotr zadzwonił około południa. Jego znajomy mógł udostępnić pokój w domu położonym trzy ulice dalej. Do morza było stamtąd dalej i nie było balkonu, za to pokój pozostawał całkowicie oddzielny.
— Mogę przyjechać od razu i zabrać jedną z pań — zaproponował gospodarz.
Marta spojrzała na Jadwigę. Starsza kobieta stała przed lustrem i przymierzała trzeci kapelusz — słomkowy, z małym rumiankiem przy wstążce.
— Proszę dać nam godzinę na zastanowienie — odpowiedziała Marta.
Swoją naradę przeniosły do kawiarni za rogiem. Według Jadwigi podawano tam najlepsze paszteciki na całym wybrzeżu. Marta początkowo jej nie uwierzyła. Później zjadła dwa i zamówiła trzeci.
— No dobrze? — zapytała Jadwiga, wycierając palce papierową serwetką. — Która z nas się przeprowadza?
— Nie wiem. To pani twierdziła, że zostanie tylko na jedną noc.
— Twierdziłam — kobieta zerknęła przez okno na ludzi niosących dmuchane koła. — Posłuchaj mnie, Marto. Znam ten dom trzy ulice dalej. Właścicielka trzyma kury tuż pod oknami, a kogut zaczyna piać o czwartej rano. Po co ma pani mieć takiego sąsiada?
— A pani radio o dziesiątej wieczorem jest lepsze?
— Radio mogę ściszyć — odpowiedziała Jadwiga z miną osoby składającej ogromną ofiarę. — Koguta nie uciszy nikt.
Jeszcze tego samego dnia Marta napisała Piotrowi, że pokój nie będzie im potrzebny.
Wkrótce wyszło na jaw, że Jadwiga zna wybrzeże tak, jak znać je mogą tylko ludzie przyjeżdżający w to samo miejsce od trzydziestu lat. Potrafiła powiedzieć, gdzie o świcie sprzedają ryby prosto z łodzi. Znała małą plażę za pensjonatem, do której prawie nikt nie docierał, bo trzeba było zejść wąską ścieżką między krzakami dzikiej róży.
Znała również kobietę sprzedającą domowe napoje z beczki i rozlewającą je do zwyczajnych plastikowych butelek po wodzie. Jadwiga wiedziała nawet, że nie należy prosić o czerwony, lecz o ten, który gospodyni trzyma „dla swoich”.
Za to kompletnie nie radziła sobie z mapą w telefonie.
— Tutaj jest napisane, że trzeba skręcić w lewo, a po lewej stoi płot — oburzała się, gniewnie stukając palcem w ekran. — Koniec. Tej mapie już nie wierzę.
Marta ufała mapie. Przez ostatni rok pracowała w biurze podróży — właśnie po takim roku potrzebowała urlopu. Firma ledwo utrzymywała się na powierzchni, a ona przez dwanaście godzin dziennie układała trasy dla cudzych podróżników, wciąż odkładając własny wyjazd na później. W tym samym roku mężczyzna, z którym mieszkała przez cztery lata, pewnego wieczoru oznajmił po prostu, że jest zmęczony, spakował walizkę i odszedł. Marta nie płakała. Nadal planowała wyjazdy — do Turcji, w góry, do Egiptu na weekend. Tyle że zawsze dla kogoś innego.