Ciężka pięść z hukiem uderzyła w kuchenny stół. Moja ulubiona porcelanowa miseczka, ozdobiona delikatnymi kwiatami, podskoczyła i pękła na dwie części. Resztki owsianki rozlały się po białym koronkowym obrusie, zostawiając na nim szare, nieestetyczne plamy. Nie przejęłam się jednak ani naczyniem, ani zabrudzoną tkaniną. Siedziałam nieruchomo i patrzyłam z niemym przerażeniem na spoconą, purpurową twarz mężczyzny, którego jeszcze niedawno nazywałam swoim mężem.
— Wyciągaj pieniądze, słyszysz?! Żal ci na zdrowie mojego dziecka?! — wrzeszczał Janusz. Na jego szyi nabrzmiały sine żyły, a krople śliny spadały mi na policzek. — Tereso, liczy się każda minuta! Jeśli do jutra rano nie zapłacimy klinice, będzie po wszystkim! Potem już niczego nie da się naprawić! Rozumiesz to wreszcie?!
Nachylił się nade mną jeszcze bardziej.
— Jesteś moją żoną. Twoje pieniądze są naszymi pieniędzmi i masz obowiązek je oddać!
W niewielkiej kuchni zrobiło się duszno, jakby powietrze nagle zgęstniało. Od Janusza czułam pot, nerwy i tanią wodę kolońską. Stał nade mną jak kierownik besztający pracownicę za wielki błąd. W jego oczach nie było jednak ani błagania, ani prawdziwej rozpaczy. Widziałam tam wyłącznie bezczelne, twarde żądanie.
Serce waliło mi wysoko, niemal pod samym gardłem.
Trzy i pół miliona złotych. Moje własne oszczędności, odkładane przez piętnaście lat ciężkiej pracy. Miałam pięćdziesiąt osiem lat i byłam starszą ekonomistką w firmie budowlanej. Każda premia, każda noc spędzona nad rocznymi rozliczeniami, każda odmówiona sobie kurtka, każdy wyjazd, z którego rezygnowałam, trafiały na konto oszczędnościowe.
Przez pięć zim nosiłam te same buty. Zanosiłam je do szewca, prosiłam o kolejne naprawy i zaciskałam zęby, bo przyświecał mi jeden cel. Chciałam kupić mały domek nad Bałtykiem, w spokojnym nadmorskim miasteczku. Wyobrażałam sobie zapach soli, sosnowych igieł i wiatru. Widziałam siebie siedzącą na drewnianej werandzie, z dala od betonu, hałasu i cudzych rozkazów.
To miała być moja przyszłość. Spokojna starość. Niezależność. Własne życie.
A teraz wszystko mogło zniknąć jednym przelewem.
Janusz chwycił telefon drżącą dłonią i włączył głośnik. Z aparatu natychmiast popłynął rozpaczliwy, przesadnie łzawy głos. Poczułam nieprzyjemny chłód między łopatkami.
— Ciociu Tereso… — załkała Klaudia. — Lekarze powiedzieli, że to moja ostatnia szansa… Jeśli natychmiast nie przejdę operacji za granicą, mogę zostać kaleką. Tato, ja nie chcę być dla nikogo ciężarem… Pomóżcie mi, proszę!
Zamknęłam oczy. Po piersi rozlała mi się ciężka, gorąca fala.
Z Klaudią nigdy nie łączyła mnie bliskość. Miała trzydzieści lat, ale ani jednego dnia nie przepracowała oficjalnie. Przywykła do wygodnego życia, zmieniała mężczyzn, wydawała pieniądze i uważała, że wszystko należy jej się natychmiast. Traktowała mnie nie jak człowieka, lecz jak wygodny dodatek do swojego ojca — kobietę z mieszkaniem, pensją i oszczędnościami.
Co innego znosić chłodne lekceważenie rozpieszczonej pasierbicy. Co innego odmówić pieniędzy komuś, kto podobno znalazł się na granicy życia i zdrowia.
— Klaudio, uspokój się. Oddychaj spokojnie — powiedziałam, choć głos drżał mi wbrew woli. Palce nerwowo skubały brzeg poplamionego obrusa. — Jaka jest diagnoza? W którym jesteś stadium choroby? Dlaczego zabieg musi odbyć się za granicą? W Polsce są przecież specjaliści, można starać się o leczenie w ramach ubezpieczenia. Spróbuję poszukać rozwiązania, porozmawiać z kimś znajomym…
Po drugiej stronie zapadła cisza.
A potem płacz zniknął. Jakby ktoś nacisnął przycisk.
— Ciociu Tereso, pani mówi poważnie? — Klaudia odezwała się nagle chłodnym, zirytowanym tonem. — Jakie ubezpieczenie i jacy specjaliści? To skomplikowany zabieg! Nasi lekarze tylko by mnie oszpecili albo zabili!
— Nie powiedziałam przecież…
— Zresztą pani już swoje przeżyła! Po co pani w tym wieku domek nad morzem? Ma pani problemy z ciśnieniem, zmiana klimatu może pani zaszkodzić. Ja jeszcze muszę ułożyć sobie życie, wyjść za mąż, znaleźć porządnego mężczyznę! Pani te pieniądze nie są już do niczego potrzebne.
Jej głos stawał się coraz bardziej bezczelny.
— Odda mi je pani, a może kiedyś podam pani szklankę wody. Chyba nie jest pani tak bezduszną egoistką, żeby odmówić mi w takiej chwili?
Janusz kiwał głową obok mnie, jak nakręcana zabawka. Na jego twarzy pojawiła się pewność człowieka przekonanego, że zwyciężył. Patrzył na mnie tak, jakbym już popełniła niewybaczalną podłość i musiała natychmiast ją naprawić.
— Słyszałaś?! — huknął. — Przestań drżeć nad tymi pieniędzmi! Nie będę przed tobą klękał. Zwyczajnie zrób przelew. Później znajdę sobie dodatkową pracę, mogę nawet nocami rozwozić jedzenie. Oddam ci te grosze.
Zawahał się, po czym dodał z wymuszonym uśmiechem:
— I tak żyjesz w mojej rodzinie jak pączek w maśle… To znaczy, my mieszkamy w twoim mieszkaniu, ale jesteśmy małżeństwem. No więc przelewaj!