Mam na imię Anna. To ja jestem tą kobietą, która pewnego dnia zdradziła męża dla czarującego Araba, dała się oczarować lśniącej dubajskiej baśni i postanowiła zostać przy człowieku, którego wcześniej widziała zaledwie kilka razy. Z boku naprawdę mogło to wyglądać jak szaleństwo, ale wtedy byłam przekonana, że po raz pierwszy w życiu wybieram nie obowiązek, nie przyzwyczajenie i nie strach, tylko miłość.
Czasem życie przypomina wielki gar gęstej zupy: wszystko się gotuje, bulgocze, para unosi się pod sufit, a smak i tak każdego dnia pozostaje ten sam. Miałam czterdzieści osiem lat. Pracowałam jako kucharka w szkolnej stołówce, a zapach gotowanej kapusty, kaszy, smażonej cebuli i dziecięcego gwaru tak głęboko wszedł mi pod skórę, że zdawało mi się, iż czuję go nawet nocą.
Moje poranki zawsze wyglądały identycznie. Pobudka o piątej trzydzieści, chustka na włosy, sprawdzanie pieców, woda na owsiankę, ogromne garnki, noże, cebula, marchew. Dłonie od dawna pachniały kuchnią, a w środku mieszkało coś cichego, nienazwanego, niespełnionego. Mój mąż, Marek, był kierowcą ciężarówki.
W domu bywał rzadko — na dwa dni, czasem na tydzień. Pachniał olejem napędowym, trasą i zmęczeniem ciężkim jak mokra kurtka. Prawie przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Wszystko stało się suche, przewidywalne, jakby zapisane w instrukcji: wrócił, zjadł, położył się, zasnął. Czasem łapałam się na strasznej myśli: nie czekam na jego powrót, tylko na dzień, w którym znowu wyjedzie w trasę, żebym nie musiała patrzeć w pustkę w jego oczach.
Mówią, że przyzwyczajenie staje się drugą naturą. Ale co zrobić, jeśli twoim przyzwyczajeniem jest samotność?
Dzieci od dawna były dorosłe. Syn wyjechał do Warszawy, córka mieszkała w Katowicach. Dzwonili rzadko — każde miało swoje życie, swoje rachunki, swoje plany i troski. Coraz częściej czułam, że jestem zbędna: dla nich, dla męża, nawet dla samej siebie.
Trzymała mnie tylko szkoła. Tam był hałas, bieganina, dzieciaki, które mówiły do mnie „pani Aniu” i uśmiechały się, gdy nakładałam im dokładkę. Czasami, kiedy szorowałam wielką blachę, wyobrażałam sobie, że razem z tłuszczem i przypalonymi okruchami zmywam z siebie lata przeżyte na próżno. Ale woda spływała do odpływu, a życie zostawało takie samo.
Po pracy wracałam do domu wąską uliczką między starymi płotami i domami z obdrapanym tynkiem. Czekał na mnie dywan na ścianie, telewizor z wiadomościami o cenach i wojnach, czajnik i cisza. Parzyłam herbatę, siadałam przy oknie i patrzyłam, jak szary śnieg osiada na dachach. I któregoś dnia obudziło się we mnie ciche, uparte pragnienie: wyjechać. Dokądkolwiek. Choćby na koniec świata. Tam, gdzie nikt nie wie, kim jestem.
Czasem brałam telefon i przeglądałam piękne zdjęcia. Morze, palmy, plaże, drapacze chmur, miasta zalane światłem. Najbardziej ciągnęło mnie do Dubaju — błyszczącego, nierealnego, jakby namalowanego. Nigdy nie byłam za granicą. Nawet nad morzem porządnie nie odpoczywałam. Ale te światła na zdjęciach zdawały się wołać: przyjedź, tutaj można zacząć od nowa.
Wyjęłam metalową puszkę po ciastkach, do której przez lata odkładałam po trochu. Pięćdziesiąt złotych, sto, czasem więcej po premii. Okazało się, że prawie wystarczy.
Siedziałam nad tymi pieniędzmi i nie mogłam się poruszyć. Mogły się przydać na zęby, remont, czarną godzinę. Ale po raz pierwszy od wielu lat drżałam nie ze strachu, tylko z nadziei. Długo milczałam. Potem poszłam do kuchni, nalałam sobie herbaty i niemal bezgłośnie powiedziałam:
— Anna, teraz albo nigdy.
Kiedy Marek zadzwonił z trasy, mówiłam jak zawsze: o szkole, mrozie, samochodzie sąsiada, który znowu zastawił przejazd. Ani słowem nie wspomniałam, że następnego dnia pójdę do biura podróży. Nie zrozumiałby. Sam od dawna żył jak w kabinie tira: trasa, kurs, parking, dom. A ja nagle postanowiłam zjechać z tej drogi.
W biurze podróży pachniało kawą i świeżym papierem. Młoda dziewczyna w czerwonej szmince uśmiechnęła się do mnie:
— Szukamy spokojnego wypoczynku czy czegoś z przygodą?
Zmieszałam się.
— Chyba z przygodą — odpowiedziałam i sama zdziwiłam się własnym słowom.
Wieczorem wyjęłam walizkę. Starą, porysowaną, jeszcze z czasów, gdy jeździliśmy z dziećmi do rodziny na Mazury. Wyciągnęłam sukienki, których nie nosiłam od lat. Jedną granatową, drugą w drobne kwiaty. Przymierzyłam je i długo patrzyłam w lustro. Patrzyła na mnie zmęczona kobieta. Ale nie martwa. Żywa. Taka, która kiedyś umiała marzyć.
Prawie nie spałam. Za oknem wył wiatr, zegar tykał powoli, jakby specjalnie przeciągał noc. W głowie krążyły myśli: „A jeśli Marek się dowie? A jeśli wszystko się posypie? A jeśli będę żałować?”. Ale lęk mieszał się z poczuciem czegoś wielkiego. Jakby drzwi, które przez całe życie były zamknięte, wreszcie lekko się uchyliły.
Rano obudziłam się z uśmiechem. Po raz pierwszy od wielu lat. W kuchni stał ten sam czajnik, ten sam stary linoleum, te same firanki. A jednak wszystko wyglądało inaczej. Cicho powiedziałam:
— Lecę do Dubaju.
