W piątek znów wysiedli razem. Tym razem Andrzej nie szedł za nim — stał pod wiatą i patrzył, jak starszy pan pokonuje jezdnię, zatrzymuje się przy tablicy na furtce i znika w parku. Przez moment wydawało mu się, że tamten się obejrzał, ale mogła to być tylko reakcja na hałas przejeżdżającego samochodu.
Weekend upłynął bez tych spotkań. W poniedziałek Andrzej złapał się na tym, że czeka na tę chwilę tak, jak czeka się na rutynową wymianę zdań z panią z kiosku. Było to uczucie nieco krępujące.
We wtorek w furgonetce było pusto. Andrzej zajął miejsce przy oknie. Starszy pan wsiadł na „Sadowej” i stanął obok, chwytając się poręczy. Tym razem nie miał torebki z apteki, lecz cienką teczkę z gumką.
— Dzień dobry — przywitał się Andrzej.
Mężczyzna odpowiedział cichym skinięciem głowy i krótkim:
— Dzień dobry.
— Przepraszam — zaczął Andrzej, zniżając głos. — Często pana tu widzę… Zawsze wysiada pan przy szpitalu. Nie pytam z ciekawości, po prostu…
Urwał, nie potrafiąc sformułować myśli. Mężczyzna nie przerywał milczenia. Pojazd podskoczył na szynach, a pauza stała się gęsta od niewypowiedzianych słów.
— Myśli pan, że to dziwne — odezwał się w końcu starszy pan.
— Nie, myślę, że to ważne — odparł Andrzej, zaskoczony własną szczerością.
Na twarzy mężczyzny pojawił się cień uśmiechu.
— Tak, ważne. Dla mnie.
Ruszyli dalej. Andrzej poczuł narastające napięcie, jakby podświadomie przygotowywał się na cudzy ból. Nie chciał stać się powiernikiem ciężkich historii, nie wiedząc, co zrobić z własnymi dłońmi w takim momencie.
— Nazywam się Sergiusz Pietrowicz — przedstawił się mężczyzna w sposób tak naturalny, jakby wyjawiał najprostszą rzecz pod słońcem. — A pan?
— Andrzej.
— Andrzeju — powtórzył Sergiusz Pietrowicz, jakby smakował to imię. — Wysiadam tam, bo w tym szpitalu… tam była moja żona. Na oddziale. Przez długi czas.
Użył słowa „była” bez cienia żałobnego patosu, jakby był to po prostu fakt wpisany w codzienność. Andrzej milczał, wpatrując się w szybę, w której odbijały się ich twarze.
— Przywoziłem ją tutaj — kontynuował Sergiusz Pietrowicz. — Kiedy jeszcze można było. Potem zakazali odwiedzin. A potem… potem wszystko się skończyło.
Nie powiedział „umarła”, nie powiedział „odeszła”. Zostawił tę przestrzeń pustą, a Andrzej zrozumiał, że tak właśnie powinno być.
— I nadal pan tu przyjeżdża? — zapytał cicho.
— Tak — Sergiusz Pietrowicz poprawił teczkę pod pachą. — Wysiadam, idę ścieżką do ławki. Tam siadaliśmy, kiedy pozwalano jej wychodzić na spacery. Siedzę dziesięć minut, czasem krócej. Potem wracam. Jeśli tego nie zrobię, dzień się dla mnie nie zaczyna. A gdyby zaczął się bez tego, to…
Urwał, a Andrzej zobaczył, jak drgnął mu podbródek. To nie były łzy, to był tylko skurcz mięśnia, którego nie dało się opanować.
— Nie musi pan tego wyjaśniać — powiedział Andrzej.
— Ja nie wyjaśniam — odparł spokojnie starszy pan. — Po prostu mówię.
Gdy furgonetka zatrzymała się przy szpitalu, wysiedli obaj.
— A pan dokąd? — zapytał Sergiusz Pietrowicz. W jego głosie nie było zdziwienia ani zaproszenia.
— Do pracy. Ale chętnie się przejdę, jeśli pan nie ma nic przeciwko.
Mężczyzna przyjrzał mu się uważnie — wzrokiem kogoś, kto potrafi ocenić gest bez litości i bez osądzania.
— Niech pan idzie ze mną — zgodził się. — Ale bez rozmów, dobrze?
Przeszli przez ulicę. Przy furtce Sergiusz Pietrowicz znów na chwilę zastygł, patrząc na tablicę. Andrzej zrozumiał, że to element rytuału — sposób na upewnienie się, że świat wciąż trwa w swoich posadach. Weszli do parku. Ścieżka była wilgotna, a liście przyklejały się do butów. Szli powoli, bez pośpiechu.
Ławka stała na skraju placu, z widokiem na okna drugiego piętra szpitala. Sergiusz Pietrowicz usiadł, położył teczkę na kolanach, ale jej nie otworzył. Andrzej usiadł obok, zachowując dyskretny dystans. Minuty płynęły powoli. Słychać było odległy szum miasta, skrzypienie pustej huśtawki. Mężczyzna wpatrywał się w jedno z okien, a Andrzej nie wiedział, czy on coś tam widzi, czy po prostu zawiesił na nim wspomnienia.
— Co jest w tej teczce? — zapytał cicho Andrzej.
Sergiusz Pietrowicz nie okazał irytacji.
— Wypisy ze szpitala. Wszystkie noszę ze sobą. Nie wiem właściwie dlaczego. Przyzwyczajenie. Jest tam też jej liścik. Krótki. Pisała go z trudem, ręka jej drżała. Pomyślałem wtedy, że muszę to zachować. Teraz noszę to jak przepustkę.
Andrzej przytaknął. Zrozumiał, że teczka nie służy lekarzom ani urzędnikom. Służyła Sergiuszowi, by mógł utwierdzić się w przekonaniu, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, że nie było tylko snem.