Irena skinęła głową i już więcej nie wróciła do tematu. Zapytała, czy wnuczka odrobiła angielski, przypomniała jej o niedzielnym telefonie do mamy, a wieczorem usiadły razem przed telewizorem i obejrzały serial.
Około pierwszej w nocy Zuzannę obudził zgrzyt przesuwanego po podłodze stołka. Kiedy wyjrzała z pokoju, zobaczyła babcię przy pawlaczu. Irena, w starym szlafroku i okularach zawieszonych na łańcuszku, stała na stołku i ostrożnie zdejmowała dużą kartonową pudło po telewizorze. Na boku czarnym markerem zapisano: „2000–2003”.
— Babciu, co ty robisz o tej porze?
— Idź spać — odpowiedziała Irena. — Muszę coś znaleźć.
Do college’u poszły pieszo. Babcia wyjaśniła, że w zatłoczonym tramwaju żakiet mógłby się zgnieść. Mokre, żółte liście kasztanowców przyklejały się do podeszew, z dachu przystanku miarowo spadały krople, a Irena omijała każdą kałużę z taką samą ostrożnością, z jaką przez całe życie obchodziła wszelkie przeszkody.
Pod pachą niosła starą teczkę z kartonu, zawiązywaną na sznurki. Zuzanna nie widziała takich teczek w sklepach od wielu lat.
— Babciu, bardzo cię proszę — powiedziała, idąc kilka kroków za nią. — Nie rób awantury. Muszę się z nią uczyć jeszcze dwa lata. Potem dopiero naprawdę się na mnie uwzięcie. Sama poprawię ten sprawdzian. Tomek obiecał, że usiądzie ze mną i wszystko mi wytłumaczy…
— Zuzanno.
— Proszę cię. Ty jej nie znasz. Pomyśli, że przyszłam się skarżyć, a później…
Przy przejściu dla pieszych Irena zatrzymała się, czekając na zielone światło.
— Przepracowałam w szkole czterdzieści jeden lat — powiedziała spokojnie. — I przez cały ten czas ani razu na nikogo nie krzyknęłam. Ani na ucznia, ani na rodzica, ani nawet na dyrektora. Dzisiaj również nie zamierzam zaczynać.
— To po co tam idziemy?
Światło zmieniło się na zielone.
— Oddać stary dług — odparła babcia i ruszyła przez jezdnię.
W sekretariacie pachniało świeżą farbą. Na drugim piętrze kończono właśnie remont. Młoda sekretarka z bardzo długimi rzęsami najpierw spojrzała na surowy kostium Ireny, potem na broszkę w kształcie gałązki kaliny, a na końcu na starą teczkę z wiązaniami. Z niewiadomego powodu nawet nie zapytała, czy obie panie były umówione.
Dyrektor college’u, Witold Andrzejewski, krzepki mężczyzna około pięćdziesiątki, podniósł się zza biurka. Przed nim stał zupełnie nowy laptop, z którego pokrywy nie zdjęto jeszcze ochronnej folii.
— Słucham pań.
— Nazywam się Irena Walentyna Kowalska. Jestem babcią jednej z pańskich studentek — powiedziała, lekko dotykając ramienia wnuczki. — Nie zajmę panu dużo czasu. Nie przyszłam składać skargi. Proszę tylko wezwać Annę Ostrowską. Potrzebujemy najwyżej pięciu minut.
Witold spojrzał na Zuzannę. Dziewczyna wpatrywała się w podłogę. Dyrektor przez chwilę milczał, westchnął ciężko i nacisnął przycisk telefonu wewnętrznego.
Anna pojawiła się po mniej więcej siedmiu minutach. Pod pachą trzymała dziennik, a na twarzy miała zwyczajny wyraz nauczycielki, którą wezwano do rozmowy z niezadowolonym krewnym studenta. Kiedy zobaczyła Zuzannę, lekko uniosła lewą brew, tę ze znamieniem. Dopiero potem popatrzyła na starszą kobietę w granatowym kostiumie.
I nagle znieruchomiała w progu.
— Pani Ireno? — wyszeptała głosem zaskakująco cienkim, niemal dziecięcym.
— Witaj, Aniu — odpowiedziała babcia. — Usiądź.
Zuzanna poczuła, że marzną jej palce. Nie miała pojęcia, co się dzieje.
Irena rozwiązała sznurki teczki. W środku znajdowała się tylko jedna kartka, wyrwana kiedyś z zeszytu w linie. Brzegi papieru pożółkły, ale staranne, zaokrąglone pismo nadal było wyraźne. Litery miały długie ogonki, szczególnie przy „j”.
— Siódma klasa, szkoła numer osiemnaście — powiedziała Irena. — Wypracowanie pod tytułem „Kim chcę zostać”. Kwiecień 2001 roku. Pamiętasz?
Anna wzięła kartkę. Jej dłonie zaczęły wyraźnie drżeć.
— Przeczytaj — poprosiła cicho Irena. — Możesz na głos. Nie ma tu nikogo obcego.
Anna nie wydobyła z siebie ani słowa. Wtedy babcia odebrała jej papier, założyła okulary i zaczęła czytać spokojnym, równym tonem, takim samym, jakim kiedyś dyktowała uczniom zadania:
— „Koledzy mówią na mnie beksa, bo moja mama sprząta klatki schodowe. Pewnego dnia źle rozwiązałam zadanie przy tablicy, a nauczycielka matematyki powiedziała przy całej klasie, że z dziecka takiej matki nic dobrego nie wyrośnie. Powiedziała też, że najlepiej zostałabym sprzątaczką. Po lekcjach wróciłam do domu i długo płakałam. Wtedy pani Irena wyjaśniła mi, że inteligencja nie zależy od tego, jaki zawód wykonują rodzice, tylko od tego, ile człowiek pracuje i jak bardzo chce się rozwijać. Kiedy dorosnę, na pewno zostanę nauczycielką. Najlepszą. I nigdy nie powiem żadnemu uczniowi, że nic nie znaczy z powodu swojej rodziny”.
Irena opuściła kartkę. Na samym dole, czerwonym atramentem i równym nauczycielskim pismem, widniała adnotacja: „Aniu, zapamiętam tę obietnicę. 12”.
W gabinecie zapadła cisza. Tak głęboka, że zza ściany dało się słyszeć kliknięcia myszy sekretarki. Witold odwrócił się do okna. Anna poczerwieniała aż po szyję i wpatrywała się we własne dłonie.