— Chyba nie powiedział ci jednej ważnej rzeczy. Ten dom należy do mnie — oznajmiłam z uśmiechem kobiecie, z którą mój mąż planował tu zamieszkać po rozwodzie

Na zakup wydała niemal wszystkie oszczędności.

Budowę zaczynała właściwie od zera.

Najpierw zamówiła projekt architektoniczny. Później rozpoczęła poszukiwania rzetelnego wykonawcy.

Musiała nauczyć się rozróżniać rodzaje fundamentów, materiały izolacyjne, konstrukcje dachowe, systemy wentylacji i sposoby prowadzenia instalacji. Wcześniej ledwie wiedziała, czym różnią się poszczególne klasy betonu. Po kilku miesiącach potrafiła godzinami dyskutować z ekipą o grubości ocieplenia albo prawidłowym rozmieszczeniu odpływów.

Pierwsza firma budowlana zawiodła ją niemal od razu.

Wykonawca sztucznie zawyżał koszty, nie dotrzymywał terminów i próbował po cichu zastąpić uzgodnione materiały znacznie tańszymi odpowiednikami.

Katarzyna rozwiązała umowę. Straciła kilka miesięcy, lecz nie pozwoliła, by nierzetelni ludzie kontynuowali pracę.

Następną ekipę wybierała o wiele ostrożniej.

Fotografowała każdy ukończony etap. Rachunki, umowy i protokoły przechowywała w osobnych segregatorach.

Kilka razy w tygodniu przyjeżdżała na budowę, niekiedy jeszcze przed rozpoczęciem dnia pracy. Przebierała się w samochodzie, wkładała kalosze i chodziła po przyszłym domu z miarką oraz notesem.

Budowa przeciągnęła się do prawie trzech lat.

Zdarzało się, że kończyły się pieniądze i trzeba było na pewien czas wstrzymywać roboty.

Katarzyna nie chciała zaciągać ogromnego kredytu. Większość kosztów pokrywała stopniowo, kiedy pojawiały się kolejne środki.

Najpierw wykonano fundamenty.

Później powstały ściany.

Mniej więcej po roku budynek miał dach i okna.

Kilka miesięcy później podłączono ogrzewanie oraz wodę.

Do urządzania wnętrz podeszła już bez pośpiechu.

Wybierała trwałe materiały, stonowane kolory i proste meble, które nie miały stracić uroku po jednym sezonie.

Ostatecznie dom wyglądał niemal dokładnie tak, jak w jej marzeniach.

Przestronna kuchnia połączona z salonem otwierała się na ogród. Na głównym poziomie znajdowały się sypialnia, gabinet i pokój gościnny. Na poddaszu urządzono dwa dodatkowe pokoje oraz niewielką bibliotekę.

Taras postanowiła dobudować później.

Kiedy wszystkie formalności zostały zakończone, a własność nieruchomości wpisana do księgi wieczystej, długo siedziała samotnie na schodach przed wejściem.

Dom należał wyłącznie do niej.

Działka również.

Nie było kredytów, hipotek ani żadnych obciążeń.

Marcina nie znała wtedy nawet z widzenia.

Spotkali się mniej więcej rok po zakończeniu budowy.

Wspólna znajoma zaprosiła Katarzynę na otwarcie nowej restauracji w Warszawie.

Marcin pracował jako kierownik handlowy w firmie sprzedającej urządzenia budowlane. Sprawiał wrażenie pewnego siebie, potrafił oczarować rozmówcę i zawsze znajdował temat, który zainteresuje drugą osobę.

Na pierwszą randkę poszli do kameralnej kawiarni.

Drugie spotkanie odbyło się na wystawie sztuki współczesnej.

Za trzecim razem Marcin przyjechał do Katarzyny za miasto. Długo chodził po domu, z autentycznym zachwytem oglądając każde pomieszczenie.

— Naprawdę sama to wszystko zorganizowałaś? — pytał ze zdumieniem.

— Oczywiście nie budowałam własnymi rękami. Ale projekt, wykonawcy, zamówienia i cały nadzór były na mojej głowie.

— Niewiarygodne. Ja utonąłbym w tylu umowach, papierach i ekipach.

Wtedy jego podziw wydawał się szczery.

Często powtarzał, że imponują mu jej niezależność, konsekwencja i zdolność rozwiązywania trudnych problemów.

Po dwóch latach Marcin zamieszkał u Katarzyny.

Wcześniej wynajmował mieszkanie bliżej centrum, lecz niemal każdy wieczór spędzał w jej domu. To Katarzyna zaproponowała, by ostatecznie się przeprowadził. Uważała, że nie ma sensu płacić za lokal, z którego prawie nie korzysta.

Przywiózł ubrania, książki, sprzęt elektroniczny oraz kilka pudeł z prywatnymi rzeczami.

Na początku obchodził się z domem bardzo ostrożnie.

Pytał, gdzie może coś postawić. Konsultował większe zakupy. Nigdy nie przedstawiał się jako właściciel, a znajomym opowiadał, że Katarzyna zbudowała wszystko sama.

Rok później zawarli małżeństwo.

Ślub był niewielki, rodzinny i spokojny.

Właścicielką domu nadal pozostawała Katarzyna, ponieważ działkę kupiła, a wszystkie najważniejsze koszty budowy poniosła wiele lat przed ślubem.

Przez długi czas nikt nie widział w tym problemu.

Marcin doskonale wiedział, do kogo prawnie należy nieruchomość, i nigdy tego nie kwestionował.

Pierwsze lata małżeństwa upływały bez większych konfliktów.

Wspólnie dokończyli taras.

Marcin zapłacił za część materiałów, a nawet pomagał fachowcom układać deski.

Później zasadzili kilka jabłoni, śliwę i wiśnię. Wzdłuż ogrodzenia Katarzyna posadziła hortensje, natomiast Marcin urządził miejsce na grilla.

Latem często przyjmowali przyjaciół.

Zimą stawiali dużą choinkę pośrodku salonu i zapraszali rodziców na świąteczny obiad.

Dla obserwatorów z zewnątrz ich życie mogło wyglądać niemal idealnie.

Katarzyna dużo pracowała, ale starała się nie przynosić służbowych problemów do domu.

Marcin regularnie wyjeżdżał w delegacje.

Początkowo podróże rzeczywiście miały zawodowy charakter. Wracał z drobnymi prezentami, opowiadał o spotkaniach i pokazywał zdjęcia z innych miast.