Kiedy Marek wreszcie wyszedł z łazienki, rześki i zadowolony z życia, ciotka natychmiast przeniosła uwagę na niego.
— Markuś, łóżko w pokoju gościnnym jest okropne. Na takim materacu moje plecy długo nie wytrzymają. Może oddacie mi swoją sypialnię? Jesteście młodzi, możecie kilka nocy przespać się na kanapie.
Zakrzusiłam się wodą.
Marek otworzył usta.
Po chwili je zamknął.
Spojrzał na mnie.
Bardzo powoli pokręciłam głową.
Tak wymownie, że chyba nawet sąsiedzi za ścianą zrozumieli przekaz.
— Ciociu, mamy dobry materac nawierzchniowy. Najpierw go wypróbujmy — zaproponował dyplomatycznie.
Zacisnęła usta.
Nie zaczęła jednak dyskusji.
Pierwsza poważna bitwa zakończyła się remisem.
Wieczorem leżałam w łóżku i liczyłam.
Nie owce.
Uwagi Haliny.
W ciągu jednego dnia uzbierało się ich jedenaście.
Zasłony są wyblakłe.
Materac jest beznadziejny.
Nie ma zupy.
Za długo chodzę w piżamie.
Na stole brakuje obrusu.
Na półce z książkami jest kurz.
Muzyka gra za głośno.
Kot to niehigieniczne zwierzę.
Kawa bez mleka szkodzi żołądkowi.
Domowe spodenki Marka wyglądają niepoważnie.
I dlaczego właściwie nie chodzimy w niedziele do kościoła?
Jedenaście uwag.
W ciągu zaledwie kilku godzin.
— Marku — powiedziałam cicho. — Jeśli jutro nadal będzie tak wyglądało, przestanę milczeć.
Ciężko westchnął.
— Aniu, ona jest już starszą osobą. Wytrzymaj trochę.
Wytrzymaj.
Jak bardzo zmęczyło mnie to słowo.
Pojawiało się zawsze, gdy chodziło o jego rodzinę.
Wytrzymaj kuzyna na działce.
Wytrzymaj ciotkę podczas świąt.
Wytrzymaj niewygody.
Wytrzymaj uwagi.
A kto kiedykolwiek zamierzał wytrzymywać mnie?
Drugi dzień urlopu zaczął się o siódmej rano.
O siódmej!
W czasie urlopu!
Halina wstała wcześnie i zaczęła hałasować czajnikiem oraz naczyniami, jakby organizowała w kuchni wojskową stołówkę.
Kot ze strachu schował się pod łóżkiem.
Ja uparcie nie wychodziłam z sypialni.
Do kuchni pojawiłam się dopiero około dziewiątej.
Halina siedziała przy zupełnie pustym stole, z dłońmi złożonymi przed sobą.
Wyglądała jak generał, któremu od dwóch godzin nikt nie składa raportu.
— Aniu, od dwóch godzin czekam na śniadanie.
Właśnie tak.
Czekała.
Nie na śniadanie w ogólnym sensie.
Na śniadanie, które — jej zdaniem — powinnam przygotować ja.
Spokojnie nalałam sobie kawy.
Wyjęłam z lodówki jogurt.
Wzięłam łyżkę i usiadłam naprzeciwko.
— Ciociu Halino, jest pani dorosłą, samodzielną osobą. W lodówce są jajka, ser, masło, chleb i kiełbasa. Patelnia stoi w dolnej szafce. Mam urlop, więc nie zamierzam gotować na zamówienie.
Jej brwi zaczęły powoli unosić się ku górze.
Wyglądało to tak teatralnie, że z trudem powstrzymałam uśmiech.
— Odmawiasz mi jedzenia?
— Nie. Proponuję, żeby zrobiła sobie pani to, na co ma ochotę. Wszyscy tutaj tak robimy.
Gwałtownie odwróciła się w stronę korytarza.
— Marek! Marek!
Po kilku sekundach w drzwiach pojawił się zaspany mąż.
Włosy sterczały mu na wszystkie strony.
Na twarzy miał niepokój.
— Co się stało?
— Twoja żona nie chce przygotować mi śniadania! Jestem starszą kobietą, przyjechałam do was w gości, a ona każe mi samej stać przy kuchence i smażyć jajecznicę!
Marek spojrzał najpierw na nią, potem na mnie.
Ja spokojnie jadłam jogurt.
Łyżka.
Jogurt.
Łyżka.
Nie tłumaczyłam się.
Nie wdawałam się w kłótnię.
— Ciociu, Ania naprawdę ma urlop — powiedział w końcu. — Zrobię ci omlet.
I rzeczywiście go przygotował.
Halina zjadła go z miną osoby, której razem z jajkami podano ludzką niesprawiedliwość.
Każdy kęs przepełniony był cierpieniem.
Talerz jednak opróżniła.
Po śniadaniu ciotka zadzwoniła do kogoś.
Nie chciałam podsłuchiwać, ale ściany w naszym mieszkaniu były dość cienkie, a Halina — jak już wspominałam — nie rozmawiała cicho.
— Krystyno, nawet sobie nie wyobrażasz! Synowa zupełnie się rozpuściła. Sama siedzi i pije kawę, a ja jestem głodna! Biedny Mareczek musi sam stać przy kuchence. Zrobiła z niego służącego!
Zamknęłam oczy.
„Biedny Mareczek”.
Czterdzieści lat.
Metr osiemdziesiąt pięć wzrostu.
Inżynier.
Kieruje zespołem dwunastu osób.
Biedny chłopiec.
Zamknęłam się w sypialni i sięgnęłam po książkę.
Specjalnie kupiony na urlop kryminał.
Miał sto dwadzieścia stron i, ku mojemu ogromnemu szczęściu, ani jednego rozdziału o krewnych męża.
W porze obiadowej Halina przeszła do kolejnego etapu.
Postanowiła sama przygotować sobie jedzenie.
Ale spokojne gotowanie najwyraźniej było poniżej jej godności.
Garnki waliły o blat, jakby ktoś montował w kuchni zestaw perkusyjny.
Drzwiczki szafek trzaskały.
Talerze lądowały na stole z siłą, która mogła skruszyć porcelanę.
Każde wysunięcie szuflady poprzedzało ciężkie westchnienie.
Gdyby ktoś obcy wszedł wtedy do naszego mieszkania, pomyślałby, że w kuchni rozgrywa się rodzinna tragedia.
Czysta pasywna agresja.
Pierwszy rozdział podręcznika.
Nie przerywałam lektury.
Po pewnym czasie w drzwiach sypialni pojawił się Marek.
— Aniu, może jednak jej pomożesz?
Oderwałam wzrok od strony.
— Po co?
— No… sama tam gotuje.
— Marku, twoja ciotka ma sześćdziesiąt dwa lata. Od niemal pół wieku przygotowuje sobie jedzenie. Myślę, że sobie poradzi.