Referendarz, widząc tę adnotację oraz akt darowizny, który Paweł przyniósł „w imieniu żony”, natychmiast zablokował sprawę. Powiadomienie SMS Katarzyna dostała już trzy dni wcześniej, ale postanowiła przyjechać osobiście i zobaczyć, jak daleko byli gotowi się posunąć.
Wstała, wróciła do domu, zdjęła z łóżka ubrudzoną koronkową narzutę, złożyła ją ostrożnie i schowała do torby. W mieście ją dopierze. Potem wzięła ze stołu tłuste klapki teściowej i, krzywiąc się, dwoma palcami wrzuciła je do kosza pod zlewem. Następnie znalazła starą ścierkę i przetarła stół na werandzie, ścierając lepkie ślady taniego wina.
Dopiero wtedy wybrała numer do Anny, koleżanki ze studiów, która prowadziła kancelarię notarialną w centrum miasta.
— Anka, cześć. Potrzebuję najmocniejszego, nie do ruszenia projektu umowy o podział majątku wspólnego. Tak, na dzisiaj. Wpisz tam mieszkanie w mieście, samochód Pawła i wszystkie jego konta bankowe. Zrób to tak, żeby żaden prawnik nie miał się do czego przyczepić. Tak, rozwodzę się. Nie, nie płaczę. Anka, oni spalili piwonie mojego dziadka.
Po zakończeniu rozmowy Katarzyna wybrała drugi numer — do wydziału prawnego urzędu miasta, w którym Paweł od sześciu lat pracował jako starszy specjalista. Doskonale wiedziała, że już samo widmo postępowania karnego, zgłoszenia próby oszustwa i podrobienia dokumentów wystarczy, by czekała go komisja dyscyplinarna, a potem zwolnienie z powodu utraty zaufania. Z takim piętnem nikt nie przyjmie go później do administracji nawet na portiernię.
— Halo, Martusiu? Cześć. Powiedz mi, wnioski do komisji etyki bierze się u sekretarki czy można pobrać ze strony? Nie, nie dla mnie. Dla mojego Pawła. Tak, szykuję niespodziankę.
Kładąc telefon na wymytym stole, Katarzyna spojrzała przez okno na pustą rabatę. Przed nimi był piątek. Właśnie tego dnia Paweł i Halina mieli tu przyjechać, żeby uroczyście ogłosić się gospodarzami jej ziemi.
Katarzyna usiadła w fotelu i zaczęła czekać.
Następnego dnia.
— O, Kaśka, już jesteś? No i dobrze, dawaj, pomożesz nosić skrzynki z bagażnika! — Halina wpadła na werandę, otwierając drzwi kopniakiem.
W rękach niosła plastikową skrzynkę z sadzonkami pomidorów, owiniętą starymi, pożółkłymi gazetami. Za nią, ciężko dysząc, wszedł Paweł. Dźwigał wielki worek sadzeniaków. Na twarzy męża zastygł dziwny wyraz: połączenie udawanej powagi i źle ukrywanego strachu.
— Gdzie to postawić? — sapnął Paweł, unikając wzroku żony.
— Prosto na stół, synku, a gdzie niby! — teściowa bezceremonialnie odsunęła notes Katarzyny i postawiła skrzynkę z ziemią na czystym obrusie. — No, Kasiu, bez obrazy. Młoda jeszcze jesteś, głupiutka, a życie swoje robi. My z Pawełkiem pomyśleliśmy i zdecydowaliśmy: tak będzie pewniej dla rodziny. Mężczyzna w domu musi być gospodarzem. Więc te swoje kwiatuszki pożegnaj, zrobimy tu normalny warzywnik. Ziemniaczki, cebulka, pomidorki… A ty posiedzisz sobie w mieście, odpoczniesz.
Katarzyna bez słowa wstała, wyciągnęła rękę, chwyciła skrzynkę za brzeg i spokojnym, równym ruchem zrzuciła ją ze stołu. Plastik pękł z trzaskiem, czarna ziemia i zielone łodygi pomidorów rozprysły się wachlarzem po czystej podłodze werandy.
— Co ty wyprawiasz, dziewucho?! — pisnęła Halina. — Od tej chciwości całkiem ci rozum odebrało?! Paweł, ty ją widzisz? Przecież ona jest nienormalna!
— Proszę usiąść, pani Halino — powiedziała lodowato Katarzyna.
W jej głosie było tyle zimnego spokoju, że teściowa urwała natychmiast. Oparła dłonie na biodrach i głośno wypuściła powietrze przez zaciśnięte zęby.
Katarzyna odwróciła się do męża.
— Paweł, podejdź do stołu.
Zawahał się, cofnął o pół kroku, lecz Katarzyna patrzyła na niego tak, że w końcu podszedł i zatrzymał się przy krawędzi blatu. Otworzyła teczkę i powoli, jeden po drugim, rozłożyła przed nim trzy dokumenty.
— Pierwszy dokument — stuknęła paznokciem w górną kartkę. — Oficjalne zawiadomienie o wstrzymaniu waszej oszukańczej próby przepisania mojej działki. Zastrzeżenie, że bez mojej osobistej obecności nie wolno przeprowadzić żadnej czynności, złożyłam rok temu.
Pawłowi drgnęła broda. Szybko zerknął na matkę, ale ona tylko zacisnęła usta ze złości.
— Drugi dokument — Katarzyna położyła przed nim następną kartkę. — Projekt zawiadomienia na policję o usiłowaniu oszustwa znacznej wartości i posłużeniu się cudzymi dokumentami. Kara jest bardzo realna, Paweł. Do pięciu lat. Twoje ślady przy akcie złożonym w urzędzie już są w systemie.
Paweł pobladł jak ściana.
— I trzeci dokument — przesunęła ostatnią kartkę. — Kopia mojego pisma do komisji do spraw etyki i odpowiedzialności pracowników urzędu miasta. Gdy pojawiają się znamiona postępowania karnego, kontrola rusza z automatu. W poniedziałek rano cały ten pakiet znajdzie się na biurku twojego przełożonego.
— Kasia… — wycisnął Paweł prawie bezgłośnie. — Katarzyna, co ty…
— Milcz — ucięła. — Teraz słuchasz warunków. Masz dokładnie pięć minut.
— Katarzyna! — wrzasnęła Halina, wczepiając się synowi w rękaw. — Nie słuchaj jej! Szantażystka jedna! Jakie ona ma niby znajomości? Nigdzie nie pójdzie! Blefuje! Pawełku, synku, trzymaj się, zaraz zadzwonimy do mojego prawnika…