— Wiesz, mężczyzna powinien pokazać się kobiecie w odpowiednim stanie.
Przez kilka sekund w mieszkaniu panowała zupełna cisza. Z kuchni dobiegło jedynie ciche kliknięcie stygnącego czajnika.
Zofia zamrugała.
— Przez dwadzieścia minut doprowadzałeś się do porządku za pomocą mojej suszarki?
— Nie tylko suszarki — dodał, jakby uznał to za istotne. — Na półce miałaś jeszcze całkiem dobry krem.
Zofia powoli zasłoniła twarz dłonią.
W jej wnętrzu ścierały się dwa pragnienia: wybuchnąć śmiechem albo natychmiast poprosić go o wyjście. Na razie zwyciężało pierwsze, bo sytuacja z każdą chwilą stawała się bardziej absurdalna.
— Marku… naprawdę posmarowałeś się moim kremem?
— A co w tym złego? O skórę trzeba dbać.
— To mój nocny krem liftingujący za pięćset złotych.
— Za to działa bardzo dobrze.
Uśmiechnął się przy tym, najwyraźniej przekonany, że wygląda teraz wyjątkowo atrakcyjnie. Zofia długo mu się przyglądała. Było to spojrzenie kobiety, która nagle zaczyna rozumieć, dlaczego poprzednie małżeństwo tego człowieka zakończyło się rozwodem.
Przeszli do kuchni. Marek usiadł z przesadną swobodą, jakby był u siebie, rozparł się na krześle i głośno mieszał cukier w filiżance.
— Masz tu przytulnie — oznajmił. — Od razu czuć, że mieszka tu kobieta.
— A kiedy mieszka mężczyzna, co powinno być czuć? Olej z warsztatu?
— Ha! Ale jesteś zabawna.
Zofia upiła łyk herbaty i próbowała nie dać się zirytować. W końcu oboje byli dorosłymi ludźmi. Może wieczór po prostu zrobił się trochę dziwny. Być może dało się to jeszcze zrzucić na zdenerwowanie i niezręczność.
Marek najwyraźniej postanowił jednak całkowicie zniszczyć resztki romantycznego nastroju.
— Tak naprawdę — zaczął tonem wykładowcy — współczesne kobiety mają zbyt wygórowane wymagania. Oglądają filmy i seriale, a potem oczekują nie wiadomo czego.
— Na przykład?
— Przystojnych facetów wysokich na dwa metry, bogaczy, idealnych mężczyzn… Zwykłych, porządnych facetów nikt już nie docenia.
— Ty oczywiście zaliczasz się do porządnych?
— A co jest ze mną nie tak? Mam pracę, prawie nie piję, a ręce mam na swoim miejscu.
Na słowa „prawie nie piję” Zofia omal się nie zakrztusiła.
— Imponująca lista zalet.
Sarkazmu oczywiście nie zrozumiał.
— Po czterdziestce kobieta powinna wreszcie patrzeć na życie realistycznie.
I właśnie wtedy coś w Zofii ostatecznie się przestawiło.
Słyszała podobne zdania dziesiątki razy, wypowiadane przez różnych mężczyzn. Jakby po przekroczeniu pewnego wieku kobieta musiała automatycznie obniżyć poprzeczkę, znosić wszelkie dziwactwa i cieszyć się samym faktem, że ktoś zwrócił na nią uwagę — tylko dlatego, że nie ma już dwudziestu lat.
— Realistycznie, czyli jak? — zapytała spokojnie.
— Trzeba rozumieć, że książęta z bajki już się nie trafiają.
— Skąd pomysł, że w ogóle szukam księcia?
— To czego wy wszystkie chcecie? — zdziwił się szczerze Marek.
Zofia odstawiła filiżankę.
— Najprostszych rzeczy. Żeby mężczyzna nie urządzał przedstawienia w mojej łazience. Żeby bez pytania nie używał cudzych kosmetyków. Żeby nie opowiadał mi o rzekomych badaniach dotyczących rozmiarów. I żeby nie tłumaczył dorosłej kobiecie, że powinna zmniejszyć swoje oczekiwania.
Marek zmarszczył czoło.
— Za bardzo dramatyzujesz.
— Nie. Po prostu po raz pierwszy tego wieczoru patrzę na wszystko bez złudzeń.
Odchylił się na krześle i nagle przeszedł do ataku.
— Właśnie dlatego tyle kobiet zostaje samotnych. Bo czepiają się drobiazgów.
Zofia aż się uśmiechnęła.
Drobiazgów.
Oczywiście. Spędzenie dwudziestu minut w cudzej łazience z suszarką i drogim kremem rzeczywiście było błahostką.
— Wiesz, Marku, nie sądzę, żeby chodziło o czepianie się.
— To o co?
Przyjrzała mu się uważnie. Po raz pierwszy od chwili poznania nie próbowała mu się spodobać, złagodzić niezręczności ani udawać, że wszystko da się jeszcze naprawić.
Naprzeciwko siedział zmęczony, dorosły mężczyzna, który rozpaczliwie usiłował sprawiać wrażenie pewnego siebie. Ukrywał się za głośnymi deklaracjami, dziwacznymi teoriami i tanią brawurą, bo prawdopodobnie w głębi duszy panicznie bał się, że jest niewystarczająco atrakcyjny, silny albo po prostu potrzebny.
I nagle Zofia zrozumiała wszystko.
Nie jego wiek, wygląd ani nawet historia z suszarką popsuły ten wieczór. Prawdziwym problemem była jego nieustanna potrzeba udowadniania własnej wartości zamiast zwyczajnego, naturalnego zachowania.
— Chodzi o to, że przez cały wieczór próbujesz mnie przekonać, jaki jesteś wspaniały — powiedziała cicho. — A ja wcale nie prosiłam cię o udział w rozmowie kwalifikacyjnej.
Marek niespodziewanie zamilkł.
Przez kilka sekund tylko przesuwał łyżeczką po dnie filiżanki. Potem ciężko westchnął.
— Moja była żona też mówiła, że zawsze wszystko komplikuję.
— Możliwe, że miała rację.
— Naprawdę tak uważasz?
— Zdecydowanie.
W kuchni zapadła osobliwa cisza. Nie gniewna, nie awanturnicza — raczej zmęczona i niezręczna.
Za oknem warczało nocne miasto. Na podwórzu zapalały się reflektory przejeżdżających samochodów, gdzieś piętro wyżej szczekał pies, a Zofia poczuła nagle prawdziwą ulgę.