— Jutro moi koledzy przyjeżdżają na trzy dni. Ugotujesz, posprzątasz i będziesz ich obsługiwać — oznajmił Paweł. Anna tylko skinęła głową, a rano przy drzwiach czekały już jego walizki

— Jutro przyjeżdżają do mnie koledzy. Zostaną trzy dni. Przygotujesz jedzenie, doprowadzisz mieszkanie do porządku i zadbasz, żeby niczego im nie brakowało — rzucił Paweł, nie odrywając wzroku od tabletu.

Anna stała przy kuchence i powoli mieszała gęsty, pachnący korzennymi przyprawami lukier do kolejnej partii dekoracji. Odpowiedziała jedynie krótkim skinieniem, takim samym, jakim człowiek reaguje na znajomy chłód ciągnący od nieszczelnego okna. Na jej palcach zastygała słodka masa, z której do rana miała powstać maleńka wieżyczka z misternie skręconą balustradą.

— Dobrze — powiedziała spokojnie. — Kto dokładnie przyjeżdża?

— Michał, Łukasz i jeszcze jeden facet, którego nie znasz. — Dopiero wtedy Paweł spojrzał na nią znad ekranu. — Czemu tak na mnie patrzysz? Jakbym wysyłał cię do pracy w kamieniołomie.

— Patrzę, bo nagle postanowiłeś ze mną porozmawiać. To rzadkie wydarzenie. Wypadałoby zanotować datę.

— Bardzo zabawne. — Skrzywił się z irytacją. — Anka, nie mam teraz głowy do twoich dowcipów. Chłopaki liczą na porządne przyjęcie. Ma być dużo jedzenia, czysto i przygotowane miejsca do spania.

Anna zdjęła rondel z palnika i osuszyła dłonie ściereczką. Na blacie stały równe szeregi niewielkich piernikowych ścianek, które czekały, aż połączy je w jedną budowlę. Od lat tworzyła domki na cudze święta i uroczystości, lecz we własnym życiu coraz rzadziej znajdowała miejsce na choćby odrobinę radości.

— Pawle, mam pracę do wieczora. To duże zamówienie ślubne, muszę złożyć cały piernikowy pałac. Mogę zrobić kolację na pierwszy dzień, ale nie zamierzam przez trzy doby usługiwać trzem dorosłym mężczyznom.

— Wielka pani się znalazła. — Zaśmiał się kpiąco i podniósł z kanapy. — I tak cały czas siedzisz w domu i kręcisz się przy kuchence. Co za problem postawić na stole kilka dodatkowych talerzy?

— Siedzę w domu — powtórzyła równo. — Niezwykle trafny opis mojego życia. Bardzo wnikliwy.

— Tylko nie zaczynaj. Mówię ci normalnie: przyjadą ludzie i trzeba ich godnie przyjąć. Nic w tym nadzwyczajnego. Poza tym sama powinnaś chcieć, żeby zobaczyli, że mieszkamy jak porządni ludzie.

Anna podeszła bliżej i przez chwilę uważnie mu się przyglądała. Nie było w niej złości, raczej szczere zdumienie. Próbowała zrozumieć, czy on naprawdę nie słyszy tego, co mówi. Jeszcze wtedy odruchowo wierzyła, że do człowieka można dotrzeć, jeśli zachowa się spokój i nazwie wszystko wystarczająco jasno.

— Zróbmy tak — zaproponowała łagodnie. — Przygotuję przekąski i ciepłe danie na pierwszy wieczór. Później sami będziecie odgrzewać jedzenie i sprzątać po sobie. Jesteście dorośli. Zgoda?

— Nie — uciął Paweł. — Gośćmi zajmuje się żona. Tak się robi.

— Kto ustalił tę zasadę?

— Wszyscy tak uważają! — podniósł głos. — Myślisz, że jesteś jakaś wyjątkowa? Żona ma prowadzić dom. Jeśli nie umiesz, to się naucz.

Anna milczała przez kilka sekund, obracając między palcami drobną piernikową ozdobę. Nagle przypomniało jej się stare powiedzenie, że cierpliwość jest gorzka, lecz jej owoce bywają słodkie. Na ustach pojawił się niemal niewidoczny uśmiech.

— Dobrze — odparła. — Zrozumiałam cię. Idź odpocząć. Na pewno bardzo się dziś zmęczyłeś leżeniem na kanapie.

— No widzisz, potrafisz mówić rozsądnie — stwierdził z zadowoleniem, klepnął dłońmi w kolana i wyszedł do salonu.

Anna została sama w kuchni, pośród ścian, dachów i wieżyczek. Starannie odłożyła wszystkie elementy, osłoniła je folią, a potem wyjęła z szafki duży szkicownik. Zwykle projektowała w nim kolejne piernikowe domy. Tym razem zaczęła kreślić plan zupełnie innej konstrukcji.

Następnego ranka siedziała w małej kawiarni niedaleko rynku. Z Katarzyną spotykały się tam od prawie dziesięciu lat. Cappuccino przed Anną zdążyło wystygnąć, choć ledwie go spróbowała. Katarzyna, jak zwykle spóźniona, wpadła do środka, zdjęła szalik i ciężko opadła na krzesło naprzeciwko.

— No dobrze, mów. Co się stało, że musiałyśmy spotkać się tak pilnie? — zapytała. — Przez telefon brzmiałaś inaczej niż zwykle.

— Paweł zaprosił kolegów na trzy dni. W pakiecie obiecał im pełne wyżywienie, kucharkę, sprzątaczkę i kelnerkę. Wszystko w jednej osobie. Spróbuj zgadnąć, komu przypadła ta zaszczytna rola.

— Daj mi chwilę. — Katarzyna zmrużyła oczy. — Czyżby Pawłowi?

— Niezły żart. Zaproponowałam, że pierwszego dnia zajmę się kolacją, a potem poradzą sobie sami. Usłyszałam, że cytuję: „tak się robi”.

— Kto tak robi?

— „Wszyscy”. Powołał się na zgodną opinię całej ludzkości. — Anna uśmiechnęła się bez wesołości. — Stałam z piernikową wieżyczką w dłoni i słuchałam wykładu o obowiązkach żony. Przez moment naprawdę sądziłam, że to jakaś absurdalna scena, która zaraz się skończy.

Katarzyna napiła się kawy i odstawiła filiżankę na spodek.

— Znam cię zbyt długo, żeby nabrać się na ten uśmiech. Oczy masz zupełnie inne. Co zamierzasz?

— Na razie nic dramatycznego. Dam mu ostatnią szansę. Wieczorem powiem wszystko prosto, spokojnie, bez krzyków i oskarżeń. Albo zaczniemy dzielić obowiązki jak partnerzy, albo nie będę brała udziału w tym przedstawieniu. Potem zobaczę, co wybierze.