— Jutro moi koledzy przyjeżdżają na trzy dni. Ugotujesz, posprzątasz i będziesz ich obsługiwać — oznajmił Paweł. Anna tylko skinęła głową, a rano przy drzwiach czekały już jego walizki

— A jeśli wybierze źle?

— Wtedy ja wybiorę dobrze — odpowiedziała Anna bez wahania. — Kiedyś wydawało mi się, że kochać znaczy cierpieć i znosić. Dopiero później zrozumiałam, że to nie miłość. To zgoda na bycie wygodnym meblem, o który ktoś bezmyślnie wyciera buty.

Katarzyna roześmiała się, lecz po chwili znów spoważniała.

— Pamiętasz, jaki był na początku? Przynosił ci kwiaty, woził twoje pudła po całym mieście i opowiadał każdemu, jak bardzo jesteś utalentowana.

— Pamiętam. Tylko być dumnym z człowieka i chwalić się nim to dwie różne rzeczy. Chwalić można się ładnym przedmiotem. Człowieka się szanuje.

— Filozofka z cappuccino.

— Przy takich cenach mogę zostać nawet Sokratesem. — Anna zerknęła na rachunek. — Kasiu, potrzebuję twojej pomocy. Jeśli jutro zadzwonię i powiem jedno słowo, przyjedziesz?

— Jakie?

— „Zamek”. Taki jak ten, który właśnie składam. Kiedy usłyszysz „zamek”, będziesz wiedziała, że decyzja zapadła. Potrzebny mi będzie samochód i twoje ręce.

Katarzyna przyjrzała jej się długo, po czym wolno skinęła głową.

— Przyjadę o każdej porze, nawet w środku nocy. Tylko czy jesteś pewna? Może to się jeszcze samo uspokoi?

— Samo znika wyłącznie dobre traktowanie, jeśli nikt o nie nie dba. Ze złym trzeba rozprawić się osobiście. — Anna wstała i założyła płaszcz. — Dziękuję. I nie martw się, nie zamierzam płakać. Zamierzam postąpić rozsądnie.

Wyszła z kawiarni wyprostowana. W jej głowie plan nabierał kształtu, dokładny jak projekt piernikowej rezydencji. Różnica polegała na tym, że tym razem nie budowała dla cudzej uroczystości. Po raz pierwszy od dawna projektowała coś dla siebie.

Wieczorem Paweł wrócił do mieszkania w znakomitym humorze. Przyniósł kilka reklamówek z napojami i, pogwizdując, zaczął ustawiać butelki na kuchennym blacie.

— Jutro koło dziewiętnastej wszyscy już będą — oznajmił. — Co przygotujesz na początek?

— Usiądź na chwilę, proszę — powiedziała Anna. — Chcę dokończyć naszą wczorajszą rozmowę.

— Znowu to samo? — Skrzywił się, ale usiadł. — No, mów.

— Na pierwszy wieczór przygotuję wszystko. Będzie smacznie, ładnie podane, dokładnie tak, jak lubisz. Później jednak obsługujecie się sami. To nie jest kaprys. To zwyczajnie uczciwe.

— Anka, przecież już to ustaliliśmy.

— Nie. Ty mówiłeś, a ja słuchałam. To nie było ustalanie. Teraz próbuję się z tobą porozumieć. Jesteśmy małżeństwem opartym na partnerstwie czy nie?

Odchylił się na krześle i spojrzał na nią chłodno, bez zaciekawienia, bez cienia czułości.

— Ty w ogóle rozumiesz, kto w tym domu za co odpowiada? — zapytał głosem pełnym pogardy. — Ja chodzę do pracy i zarabiam. A ty robisz ciasteczka i te swoje zabawkowe domki. I jeszcze próbujesz stawiać mi warunki?

— Ciasteczka — powtórzyła cicho. — Te ciasteczka zapłaciły za połowę mebli, na których właśnie siedzisz.

— Nie licz cudzych pieniędzy — syknął i gwałtownie wstał. — Jutro przyjeżdżają goście. Chcę zastać nakryty stół, przygotowane łóżka i ciebie bez tych mądrych uwag. Dotarło?

— Teraz już tak — odpowiedziała. — W pełni.

— No i świetnie. — Nie usłyszał zmiany w jej głosie. — I przestań robić z siebie ofiarę. Nikt cię tu siłą nie trzyma. Nie podoba się, to odejdź. Wiesz, gdzie są drzwi.

Anna najpierw spojrzała w stronę przedpokoju, potem znów na męża. W środku zrobiło jej się nagle spokojnie i zimno, jakby pękające szkło wreszcie przestało drżeć.

— Drzwi są tam — powtórzyła. — Dziękuję, że mi przypomniałeś. To naprawdę cenna wskazówka.

— Właśnie. — Paweł stracił już zainteresowanie rozmową i zajrzał do lodówki. — I jutro nie chodź z obrażoną miną. Chłopaki nie znoszą, gdy ktoś psuje atmosferę.

— Wezmę pod uwagę ich upodobania. — Anna zebrała ze stołu szkice. — Idź spać. Czeka cię bardzo intensywny dzień.

Paweł odszedł przekonany, że po raz kolejny postawił na swoim i zmusił ją do uległości. Anna została w kuchni, otworzyła szkicownik i dorysowała ostatnią linię. Nie czuła już gniewu. Wypalił się do końca, zostawiając po sobie jedynie przejrzystość i chłodną precyzję.

Tej nocy prawie nie spała, ale nie przez łzy. Pracowała metodycznie, cicho i bez zbędnych ruchów, tak jak przy kruchych piernikowych konstrukcjach, w których jeden nieostrożny gest może zniszczyć wiele godzin pracy.

Rano Paweł obudził się późno. Przeciągnął się i poszedł do kuchni, spodziewając się zapachu pieczeni, sosów i świeżego ciasta. Zamiast tego przywitały go cisza, idealny porządek i zaskakująca pustka. Przy drzwiach wejściowych stały dwie jego walizki, starannie spakowane i szczelnie zapięte.

— Anna! — krzyknął. — Co to ma znaczyć?

Wyszła z pokoju całkowicie ubrana, trzymając w dłoni kubek gorącej herbaty. Jej twarz była spokojna.

— Dzień dobry. To twoje rzeczy. Ułożyłam je ostrożnie, więc nic nie powinno się pognieść. Buty są w bocznej kieszeni.

— Zwariowałaś? — Podszedł do walizek. — Co ty wyprawiasz?

— Korzystam z rady, której wczoraj mi udzieliłeś. Powiedziałeś: „Nie podoba się, to odejdź. Drzwi są tam”. Zastanowiłam się i uznałam, że odejść powinien ten, kto sprowadza gości, a nie osoba, która w tym mieszkaniu żyje i pracuje. Dlatego wychodzisz ty. Drzwi, jak sam zauważyłeś, są właśnie tam.