— Ty rozumiesz, co robisz? — Paweł niemal zachłysnął się oburzeniem. — Za kilka godzin przyjadą ludzie!
— Przyjadą do ciebie — przypomniała Anna. — A więc to ty powinieneś ich przyjąć. Możesz zadzwonić do Michała. Z tego, co pamiętam, ma całkiem przestronne mieszkanie.
— To jest także moje mieszkanie! — wrzasnął. — Jestem tu zameldowany!
— Mieszkanie należy do mnie — odpowiedziała bez podnoszenia głosu. — Dostałam je, zanim się poznaliśmy, a wszystkie dokumenty są w moim posiadaniu. Owszem, jesteś zameldowany. Meldunek pozwala mieszkać pod danym adresem, ale nie daje prawa do poniżania właścicielki. Rozumiem, że mogłeś pomylić te dwie sprawy.
Paweł znieruchomiał, próbując pojąć, co właśnie usłyszał. Był przyzwyczajony, że kiedy podnosił głos, Anna milkła, spuszczała wzrok i wracała do kuchennych zajęć. Teraz spokojnie piła herbatę, a w jej tonie było coś, co po raz pierwszy naprawdę go zaniepokoiło.
— Anka, nie róbmy głupstw — zaczął łagodniej. — Wczoraj mnie poniosło, powiedziałem za dużo. Ale oni już są w drodze. Będzie mi przed nimi strasznie głupio.
— Będzie ci głupio — zgodziła się. — Mnie wczoraj także było wstyd. Tyle że za ciebie. Poradziłam sobie z tym uczuciem, więc sądzę, że ty też sobie poradzisz.
— Nie masz prawa tak po prostu mnie wyrzucić!
— Mam. Zaraz zobaczysz, jakie to proste. Krok pierwszy: walizki są gotowe. Krok drugi: otwierasz drzwi. Krok trzeci: wychodzisz. Jak widzisz, nie trzeba nawet szczególnie dobrze liczyć.
— Co ja powiem naszym znajomym? — chwycił się ostatniej szansy.
— Słowo „naszym” brzmi w tej sytuacji wyjątkowo zabawnie. To twoi koledzy, których miałam przez trzy dni karmić i obsługiwać. Powiesz prawdę: okazało się, że żona nie jest elementem wyposażenia mieszkania. Na pewno to przeżyją. W końcu są dorośli.
Patrzył na nią, jakby widział ją pierwszy raz. Nie dlatego, że krzyczała. Przeciwnie, mówiła bardzo cicho. Zniknęła jednak gotowość do podporządkowania się, na której przez lata opierał całą swoją pewność siebie.
— Jeszcze tego pożałujesz — wycedził, lecz groźba zabrzmiała blado.
— Być może — odparła. — Wolę jednak raz żałować odwagi niż przez całe życie własnej cierpliwości. Wybieram odwagę.
Godzinę później Anna stała na parkingu obok samochodu Katarzyny. Przyjaciółka zjawiła się dwadzieścia minut po krótkim telefonie, w którym usłyszała tylko jedno słowo: „zamek”. Razem wkładały do bagażnika nie ubrania, lecz wielkie pudło z piernikowym pałacem, który trzeba było dostarczyć klientom.
— Myślałam, że mam ci pomóc w przeprowadzce — wydyszała Katarzyna. — A ty naprawdę mówiłaś o piernikowym zamku.
— W sensie dosłownym i trochę mniej dosłownym. — Anna sprawdziła mocowania pudła. — Swój zamek też dziś ukończyłam. Tyle że bez lukru.
— A Paweł?
— Stoi przy walizkach, dzwoni do Michała i tłumaczy, czemu plan się zmienił. Najzabawniejsze jest to, że już trzy razy pytał, kto teraz nakarmi jego kolegów. Ani razu nie zapytał, co będzie ze mną.
W tej chwili Paweł wyszedł z klatki schodowej. Gdy zobaczył obie kobiety, ruszył szybkim krokiem w stronę samochodu. Twarz miał napiętą z gniewu, a głos nienaturalnie wysoki.
— Hej, zaczekajcie! Dokąd jedziecie? Co to ma być za demonstracja?
— Jadę do pracy — wyjaśniła Anna. — Muszę zawieźć zamówienie. Wyobraź sobie, że świat nie zatrzymał się z powodu wizyty twoich kolegów.
— Nigdzie nie pojedziesz, dopóki wszystkiego nie wyjaśnimy! — Stanął przed autem. — To mnie tutaj upokorzono! Jak ja mam teraz spojrzeć chłopakom w oczy?
— Ciebie upokorzono? — Katarzyna nie wytrzymała. — Wczoraj rozkazałeś drugiemu człowiekowi przez trzy dni nosić talerze, sprzątać i milczeć. A mimo to za pokrzywdzonego uważasz siebie. Niezwykła logika.
— Ty się nie wtrącaj! — ryknął. — Nikt cię nie pytał o zdanie!

— Nie waż się na nią krzyczeć. — Głos Anny pozostał spokojny, lecz stwardniał tak bardzo, że Paweł urwał w pół słowa. — Katarzyna jest moją prawdziwą przyjaciółką. Przyjeżdża po jednym słowie i niczego ode mnie nie żąda. Nigdy nie oczekuje, że będę jej służącą. Możesz się od niej nauczyć, dopóki lekcja jest bezpłatna.
Paweł zaciskał i rozluźniał dłonie, nie wiedząc, co jeszcze zrobić. Wszystkie dotychczas skuteczne sposoby nacisku — krzyk, szyderstwo, pogardliwe uwagi i groźby — przestały działać.
— I co ja mam teraz zrobić? — zapytał w końcu znacznie ciszej. — Dokąd mam pójść?
— To pierwszy rozsądny problem, jaki dziś zauważyłeś — przyznała Anna. — Szkoda, że nie zadałeś sobie tego pytania wczoraj, zanim zacząłeś wydawać rozkazy i porównywać mnie do mebla. Masz swoje rzeczy, kolegów i trzy wolne dni. Doskonałe warunki na męski wypad. Korzystaj.
— Anka, przestań — spróbował jeszcze raz. — Nie chciałem cię zranić. Po prostu przywykłem, że wszystko wygląda właśnie tak. Tak mnie wychowano.
— Wychowanie nie jest wyrokiem dożywocia — powiedziała, otwierając drzwi samochodu. — To bagaż, z którym człowiek wchodzi w dorosłość. Charakter pokazuje, co robi z nim później. Można do starości powtarzać: „Tak mnie nauczono”. Można też któregoś dnia postanowić, że będzie się lepszym.