„Jedziesz z nami, więc ja wybieram własny hotel” — po dwudziestu latach małżeństwa żona rozdzieliła wakacje, a wtedy jej mąż po raz pierwszy zrozumiał, kogo przez całe życie stawiał na pierwszym miejscu

— Zosiu, który walizkę bierzesz — tę dużą czy mniejszą? Bo ja swoją prawie już spakowałam.

Teresa stała w drzwiach sypialni i trzymała za rączkę bordową walizkę na kółkach. Wieko było szeroko otwarte. W środku widać było dwa kapelusze przeciwsłoneczne, ciepły sweter „na wieczór, bo w górach przecież chłodno”, zawinięte w papier kotlety na drogę oraz plastikowe pudełko z ugotowanymi jajkami.

Dochodziła wpół do dziesiątej wieczorem.

Pociąg miał odjechać dopiero pojutrze o dwudziestej pierwszej czterdzieści.

Zofia właśnie dopięła zamek swojej walizki. Wyprostowała się powoli, podpierając dłonią zmęczone plecy.

— Pani Tereso, przepraszam… a dokąd pani się wybiera?

— Jak to dokąd? — Teściowa roześmiała się szczerze, a szeroka bransoletka zsunęła jej się z nadgarstka niemal pod łokieć. — Z wami, kochanie! Mareczek kupił bilet także dla mnie. W tym uzdrowisku nie byłam chyba od dwudziestu lat, jeszcze jeździłam tam z moim świętej pamięci Andrzejem. Ale ty się nie martw, nie będę wam przeszkadzać. Usiądę sobie cichutko gdzieś z boku.

Zofia powoli odwróciła głowę w stronę męża.

Marek stał przy oknie, plecami do pokoju, i z ogromnym zainteresowaniem patrzył na podwórko.

Chociaż na podwórku nie było absolutnie nic ciekawego.

Było puste. Zniknął nawet samochód sąsiadów.

— Marek.

— Co?

— Kupiłeś swojej mamie bilet?

W końcu się odwrócił.

Po jego minie Zofia od razu poznała odpowiedź.

Dokładnie tak samo wyglądał, gdy któregoś dnia wrócił do domu z zupełnie niepotrzebną wiertarką udarową albo przyznał, że „przez pomyłkę” opłacił roczny karnet na łowisko.

— Zosiu, chciałem ci powiedzieć… — zaczął.

I urwał.

Tymczasem Teresa wciągnęła już walizkę do sypialni i postawiła ją wprost na łóżku.

Na ubraniach Zofii, które ta starannie poukładała jeszcze po południu.

— Ależ tu nie ma o czym opowiadać! — wesoło wtrąciła teściowa. — Mój Mareczek wszystko sam zorganizował. Nawet zamienili nam pokój na trzyosobowy. I wyobraź sobie, że wyszło taniej! Od razu mu powiedziałam: „Synku, po co mam sama siedzieć w domu? Pojadę z wami, a przy okazji przypilnuję, żebyście nie objadali się tam czymś niezdrowym”.

Zofia planowała ten wyjazd przez osiem długich miesięcy.

Odkładali pieniądze z dwóch pensji.

Marek ze swojej pracy w warsztacie samochodowym.

Zofia z powiatowego szpitala, gdzie brała dodatkowe nocne dyżury, choć nawet zwykły grafik wyczerpywał ją do granic.

Oszczędności trzymali w kopercie schowanej w książce na półce.

Czasem koperta wyraźnie chudła.

Raz trzeba było pilnie wyremontować kuchnię.

Innym razem pralka ostatecznie odmówiła posłuszeństwa.

A kiedy indziej Teresie potrzebny był drogi krem na stawy, koniecznie konkretnej firmy.

Później jednak koperta znów powoli się zapełniała.

Zofia miała nawet osobną teczkę.

Zwykłą, kartonową, z napisem „Góry”, zapisanym ołówkiem.

W środku przechowywała wydruki ofert pensjonatów, rozkład jazdy pociągów, ceny basenów termalnych i zdjęcie pokoju z balkonem.

To właśnie o ten pokój pokłócili się kiedyś przez cały wieczór. Różnica wynosiła czterdzieści dolarów, a Marek uważał, że dopłata jest zupełnie zbędna.

Na lodówce wisiał niewielki kalendarz.

Marek powiesił go w marcu.

I to on zaczął skreślać kolejne dni do urlopu.

Ostatnio czasami o tym zapominał, a potem jednym ruchem przekreślał po dwa albo trzy pola.

Na dole jednak niezmiennie pojawiał się jego duży, charakterystyczny zapis:

„Zostały 71 dni”.

„Zostało 40 dni”.

To był jego pomysł.

Zofia wracała po nocnym dyżurze, zauważała nową liczbę i uśmiechała się mimowolnie w ciemnym przedpokoju, jeszcze zanim zdjęła buty.

Dwadzieścia lat małżeństwa.

I po raz pierwszy od dziesięciu lat mieli spędzić urlop tylko we dwoje.

Bez krewnych.

Bez cudzych życzeń.

Bez konieczności dopasowywania się do kogokolwiek.

— Czyli taniej — powtórzyła powoli Zofia.

— Oczywiście, że taniej! — ucieszyła się Teresa. — I już przygotowałam cały plan. Pierwszego dnia koniecznie pojedziemy do starego miasta i zwiedzimy zamek. Jaki to odpoczynek bez zamku? Drugiego dnia zobaczymy górskie jezioro. Sprawdzałam, z hotelu jeździ tam autobus. Trzeciego dnia pójdziemy do piwnic z winem, bo podobno jest degustacja. A kolacje będziemy jeść razem. Lubię, kiedy cała rodzina siedzi przy jednym stole.

— Zdążyła pani już wszystko sprawdzić?

— A jak inaczej? Nie jadę przecież tylko leżeć, trzeba ten czas wykorzystać.

Teresa czule poklepała syna po ręce.

— Mareczku, pamiętaj o kremie z filtrem. Co roku nos ci się spala, a potem skóra z niego schodzi.

W maju Marek skończył czterdzieści dziewięć lat.

Zofia patrzyła na bordową walizkę stojącą na jej sukience.

Na dwa kapelusze wystające z otwartej komory.

Na kobietę, która rozpisała już trzy dni ich siedmiodniowego urlopu i najwyraźniej zamierzała zająć się także pozostałymi czterema.

Bez słowa ostrożnie wyciągnęła kosmetyczkę spod obcej walizki i przeniosła ją na komodę.

— Mamo, zabierz proszę walizkę z rzeczy Zosi — poprosił Marek.

— Oj, co niby miałoby się tam pognieść?

Teresa nawet nie spróbowała jej przesunąć.